Dodaję, żeby nie zablokowali :0
| Pomysł:Koniec na zawsze... |
| Kiedy:wtorek, 17 czerwca 2008-22:22:15 |
| Autor: Cathy |
| Opinie |4|
Wypowiedź się |
|
Witajcie!
Tak, to już naprawdę koniec. Od dawna nosiłam się z zamiarem napisania tej notki, ale jakoś tak nie miałam czasu, a potem myślałam, że może uda mi się go uratować. Cóż, już wiele miesięcy temu zauważyłam, iż Harry Potter i losy jego przyjaciół (tudzież wrogów) są mi obojętne lub nawet mnie nie obchodzą. Książkę przeczytałam, ale tak jakby z przymusu. Bo inni czytali, bo jest ostatnia. Hogwart i jego uczniowie to już nie mój świat. Może nawet nigdy nim nie był? Nie wiem. Z biegiem czasu zaczęłam dostrzegać zupełnie inną magię niż ta, której uczyli się Harry, Ron i Hermiona. Magia miłości, czasem gorzkiej porażki, przyjaźni... Tę ostatnią chyba poznałam najlepiej. Cieszę się, że mam takich wspaniałych ludzi wokół siebie. Wiem, że mogę im zaufać i kiedy będę potrzebowała- zjawią się i zabiorą wszystkie smutki daleko... Hen, w najdalszy zakątek świata.
Obecnie jestem na etapie poznawania życia osoby niewidomej. Nie chcę, jak większość, postrzegać ludzi tylko przez pryzmat ich wyglądu, czy też grubości portfela. Czy to się tak naprawdę liczy? Czy po wielu latach, gdy już uroda przeminie, dalej ten człowiek będzie tak samo wartościowy? Wątpię. Do takich i wielu, wielu innych wniosków zmusił mnie najpierw musical pt. "Upiór w Operze". Następnie obejrzałam film i przeczytałam książkę. Wszystko wywarło na mnie ogromne wrażenie. Polecam! Oczywiście, jeśli ktoś lubi musicale.
Miało być krótko, a wyszło długo. Za długo. Mimo, że nie kasuje bloga, będę na niego czasem wpadać... Czasem... Gdy wrócę ze swojego własnego , doskonałego świata. Choć tak naprawdę nigdy nie chcę tego robić. Dobrze mi tam.
Dziękuję Wam bardzo za wszystko...
| Pomysł:,,Czyżbyś się zakochał, Draconie Malfoy?" |
| Kiedy:piątek, 11 kwietnia 2008-20:24:06 |
| Autor: Cathy |
| Opinie |11|
Wypowiedź się |
|
Biegła przez las. Z jednej strony chciała uciekać stamtąd jak najprędzej się dało, ale jej druga połowa zdecydowanie się temu sprzeciwiała. No, bo w sumie to Malfoy uratował jej życie, a ona tak po prostu weźmie nogi za pas? To trochę nie fair. Ale jakby tak brać wszystko dosłownie, to sam jej kazał wiać, więc po co te wyrzuty sumienia? Szybko odgoniła złe myśli i skupiła się na dalszej drodze. Przystanęła przy jakimś drzewie i oparła się o nie. Po chwili jednak usiadła na jakimś konarze. Najzwyczajniej w świcie się rozpłakała. Jeszcze niedawno była o krok od śmierci, a teraz w takim samym położeniu jest osoba...bliska jej sercu. Może aż za bliska... Przecież formalnie była zaręczona z Harrym. Niby jak cała ta jego nienawiść, którą do niej żywił przez siedem lat miała się nagle zmienić w miłość. To nie jest realne w jego przypadku, bo on
nie ma uczuć. Tak sobie wmawiała. Ona go nie kocha. Nie, na pewno nie.
-Nie kocham cię, Draconie Malfoy.- powiedziała na głos jakby chciała to wbić sobie do głowy. Szczerze mówiąc łatwiej już zginąć z nudów na seansie ,,Mody na sukces” niż uwierzyć w takie brednie...
Kogo chcesz czarować? Skoro serce masz na wierzchu...
-Nawet cię nie lubię.- dodała po chwili.
Ty wiesz, on też. Kocha cię, kochasz go...
Oczami wyobraźni zobaczyła jego twarz. Te zimne, szare oczy zwrócone ku niej i usta, które wypowiadały tak upragnione przez nią słowa: ,,Kocham cię...”
Cichutko więc powiem, że kocham go...
Uśmiechnęła się. Cóż, pokochała tego niedouczonego tlenionego dupka...
Cały czas coś uwierało ją w pewną część ciała. Wstała i okazało się, że to... list od Dumbledore’a. Otworzyła go, w środku była różdżka jej matki. A więc nie jest taka bezbronna i jedyny powód, który ciągle nie pozwalał jej wrócić po Draco zniknął. Czarna Różdżka teraz należała do niej. Zawróciła.
*
Tymczasem.
Draco powlókł się na górę. Doskonale wiedział, że nie ma najmniejszych szans, żeby przekonać Czarnego Pana, że to czysty przypadek. To jest tak pewne, że klątwa stała się już tylko formalnością, która trzeba dopełnić. Jedyną odskocznią od tego była świadomość, że Ariana jest już pewnie daleko i bezpieczna. Na pewno wróci do Pottera i będzie już zawsze szczęśliwa z ukochanym. Jakże los potrafi być ironiczny i przewrotny... Tak bardzo jej nienawidził, a teraz tak bardzo ją kocha, że nie chciał znieść myśli, że mogłaby umrzeć. A może nienawidził tylko tego, że wiedział, że nigdy nie będzie mógł z nią być? Że nie pasują do siebie? Ona- dobra, uczynna, uśmiechnięta. On- wredny, wiecznie niezadowolony. Już na pierwszy rzut oka było widać, że taka dziewczyna nie zwróci uwagi ani na niego, ani tym bardziej na jego głupawe zaczepki. To takie trudne, a zarazem zabawne, że na chwilę przed śmiercią dopadają człowieka takie bezsensowne i nieistotne przemyślenia.
Wszedł do ciemnego przemieszczenia.
-Gdzie dziewczyna? –spytała Bellatrix.
-Uciekła.-odpowiedział.
-Kłamiesz!- warknął Lord Voldemort. Wstał z fotela i podszedł do Draco. Milczenie. -Crucio!
Draco upadł na ziemię i zaczął zwijać się z bólu. Bezsilnie zamykał oczy i próbował sobie przypomnieć uśmiech Ariany.
-Gdzie ona teraz jest?- spytał ponownie Voldemort.
-Nie wiem.- wyjąkał.
Ariana podeszła pod drzwi pokoju i patrzyła przez szparę.
-Nie... Ona nie uciekła. TY jej pozwoliłeś uciec. Jakie to wzruszające. Jesteś gotowy oddać życie dla niej. Czyżbyś się zakochał, Draconie Malfoy? Wiesz, że cię teraz zabiję?- Voldemort był wściekły. Powoli podnosił różdżkę.
-Avada...-zaczął.
-Avada Kedavra!- Ariana wpadła do pomieszczenia i wycelowała w Czarnego Pana. Trafiła. Dom ogarnęła niesamowita jasność. Szyby w oknach popękały, na ziemi leżały odłamki szkła. Kasztanowłosa podbiegła do Draco. Dalej leżał na podłodze.
-Wstawaj.-powiedziała i złapała go za ramię.
-Co tu robisz? -spytał jakby wciąż zaskoczony jej widokiem.
-Wróciłam po ciebie, kretynie.- odpowiedziała. Pomogła mu wstać i chciała iść do drzwi. Były zastawione. Dwóch śmierciożerców czekało tylko na okazję, by zaatakować.
-Drętwota!- krzyknęła dziewczyna i wycelowała w nich. Razem z blondynem pognali do lasu. Za nimi wybiegło jeszcze więcej śmierciożerców. Ukryli się. Byli już dosyć daleko. Ariana ledwo łapała oddech. Usiadła na mokrej ziemi.
-Że też ci się chciało po mnie wracać.-warknął Draco opierając się o jakieś drzewo.
-Chciałam tylko przypomnieć, że uratowałam ci życie. Tak na marginesie...- prychnęła Ariana.
-Poradziłbym sobie sam.-chłopak wzruszył ramionami i kopnął jakiś kamień.
-Tak, jasne. Widziałam, jak sobie radziłeś.- Malfoy spłonął lekkim rumieńcem.
-Mówiłem, że masz nie wracać.- nie patrzył na nią. Bał się jej reakcji. Bał się tej ciszy. Wolał cały czas odciągać jej myśli od tego wyznania, które wypowiedział kilka godzin temu. Ariana jednak zastanawiała się, gdzie ich deportować, w ogóle nie zwracała uwagi na zakłopotanie blondyna. Uznała, że jeśli mu zależy to prędzej czy później jej to okaże. Raczej...W oddali usłyszała szczęk łamanych gałęzi. Podbiegła do chłopaka.
-Boję się.-wyszeptała.
-Trzeba było nie wracać. Już dawno byś była daleko stąd, na przykład u Pottera. -powiedział z triumfem w głosie. Dziewczyna spojrzała na niego. Odwróciła się i odeszła kilka kroków. Draco poszedł za nią. Objął ją delikatnie.
-Przepraszam.- wyszeptał jej do ucha. Kasztanowłosa stanęła do niego przodem i patrzyła mu w oczy.
-Czy ty... Mówiłeś prawdę, wtedy, tam w celi? –spytała.
-DRACON!- ktoś zawołał chłopaka. Automatycznie się oderwali od siebie.- Musisz stąd uciekać. Jak najdalej.- krzyczał jego ojciec. Draco na niego nie patrzył. Tylko na dziewczynę, która rzuciła mu się na szyję i przytrzymując koszuli szeptała w pośpiechu słowa. Łzy płynęły jej po policzkach.
-Draco... Uciekaj... Ratuj się... Błagam!– pocałowała go. Chciała powiedzieć jak bardzo go kocha, jak bardzo boi się o niego. Nie umiała. Wiedziała, że jej miejsce nie jest przy Harrym albo jakimś innym mężczyźnie, lecz przy Draco- tym zimnym, wrednym arystokracie. Czuł smak jej ust. Tylko to się teraz liczyło. Nie jego życie. Ona. I on. Teraz. Razem. Dotknął jej policzka.
-Kocham cię...Nigdy nie przestanę...-przysięgał Draco. Nie odpowiedziała. Chłopak odszedł jakby zawiedziony, że nie usłyszał odpowiedzi.
Listen to your heart, before you tell him goodbye…
-Ja ciebie też kocham!- krzyknęła za nim i osunęła się na kolana. Odwrócił się. Spojrzała mu w oczy. Nie wiedziała, że na tak długi czas nie będzie mogła w nie patrzeć.
-Niedługo się zobaczymy! Przysięgam!- krzyknął. Godziny mijały, a ona wciąż leżała na mokrej ziemi i płakała. Chciała stąd odejść, ale jakoś nie mogła. Nie wiedziała gdzie. Jedyne, co przychodziło jej do głowy to dom. Tam, gdzie spędziła szczęśliwe dzieciństwo. Chciała się przytulić do tej kobiety, którą kiedyś nazywała mamą. Przecież ją zastępowała, kochała. Tak bardzo pragnęła być znowu dzieckiem. Bez zmartwień, bólu i gniewu. Deportowała się.
Upadła na piasek przed domem. Nawet nie miała siły się podnieść. Pani Granger właśnie wychodziła.
-Kochanie!- krzyknęła i podbiegła do dziewczyny. Pomogła jej wstać i zaprowadziła do jej pokoju na poddaszu. Ariana położyła się na łóżku i zamknęła oczy. Kobieta chyba pomyślała, że usnęła, bo chciała iść, zadzwonić do męża.
-Jane...-wyszeptała dziewczyna. Panie Granger znieruchomiała i powoli odwróciła się.
-A więc już wiesz...-spojrzała na nią smutno.
-Wiem.
Jane opuściła pokój. Zadzwoniła po męża, który przyjechał natychmiast.
*
Przez następne tygodnie Ariana żyła jak robot. Czekała na jakikolwiek znak od Draco. Nawet najmniejszy... Na próżno. Prawie nie jadła, a do państwa Granger mówiła po imieniu albo wcale. Nie powiedziała im, co się wydarzyło od pogrzebu Rona. Oni myśleli, że jest z Harrym, bezpieczna, a tymczasem jej życie wisiało na włosku. Życie, które uratował
on. Każdą wolną chwilę spędzała na wspominaniu ich pożegnania. Jedno, czego nie mogła sobie darować to to, że z nim nie poszła, że nawet nie próbowała iść.
Pewnego popołudnia siedziała w swoim pokoju na parapecie okna i patrzyła na opadające płatki śniegu. Każdy z nich przypominał jej Draco. Były zimne jak jego oczy, piękne jak uśmiech i przygnębiające jak świadomość, że go nie ma.
I know there's something in the wake of your smile, I get a notion from the look in your eyes…
Do pomieszczenia weszła pani Granger.
-Przyniosłam ci herbatę.- oznajmiła i postawiła kubek na szafce. Milczenie. Kobieta wyszła. Usiadła na ostatnich stopniach schodów i zaczęła płakać. Po chwili ktoś usiadł obok. Ariana objęła ją delikatnie.
-Porozmawiaj ze mną. Błagam...- wychlipała Jane.
-Kiedy nie ma o czym... Wszystko już się skończyło...- dziewczyna poczuła pod powiekami palące łzy. Nie wytrzymała i opowiedziała kobiecie, co się wydarzyło. Sama też płakała. Nie mogła się pohamować. Tym razem pani Granger ją przytuliła. Ale nie tak jak obcą osobę, tylko jak matka- do serca. Ariana płakała w jej objęciach i czuła się zarazem niesamowicie szczęśliwa, bezpieczna.
-Kocham cię...
Mamo...
-Ja ciebie też, córeczko. Ja ciebie też...
| Pomysł:Gdzieś głęboko, lód jaki kiedyś skuwał jego serce zaczął się roztapiać. |
| Kiedy:niedziela, 2 marca 2008-21:21:30 |
| Autor: Cathy |
| Opinie |7|
Wypowiedź się |
|
Rano. Ariana leżała na łóżku zwinięta w kłębek. Obracała na palcu pierścionek, a wzrok wbiła w ścianę. Myślała, co robi jej narzeczony w tym momencie. Właśnie: narzeczony. Dlaczego tak naprawdę zgodziła się na ślub z nim? Całe życie kochała go jak brata, ale nigdy nie myślała, że mogłoby być między nimi coś więcej. Te całe ,,zaręczyny” odbyły się tak szybko. Za szybko... Nie miała nawet chwili, aby się zastanowić... Jedno spojrzenie w oczy Harry’ego wystarczyło, żeby się zgodzić. Było w nich tyle miłości... Na pewno nie zgodziła się z powodu gorącego uczucia, zwanego miłością. Nie kochała go na tyle by móc spędzić z nim całe życie. Czuła, że w jej sercu już ktoś był. Ktoś z kim związek jest niemożliwy. Wiedziała, że jej serce wybrało sobie właściciela...Dawno temu. Kiedy pierwszy raz go zobaczyła, nie zdawała sobie sprawy jak bliski jej się stanie. Za to bardzo szybko domyśliła się, że w jego oczach jest nikim, ale to uczyniło uczucie jeszcze silniejszym. To cham i kretyn. A jednak...
Masz narzeczonego, skarciła się w duchu. Z rozmyślań wyrwał ją zgrzyt otwieranych drzwi.
-Śniadanie.- rzucił od niechcenia zakapturzony mężczyzna. Położył tacę na stole (były na niej jakieś nędzne resztki wczorajszego obiadu) i usiadł na jednym z krzeseł. Po chwili dołączyła do niego kasztanowłosa. Bez słowa usiadła przy stole i zaczęła jeść. Było jej już tak wszystko jedno, że nawet nie sprawdziła, czy jedzenie jest zatrute. Każdy jej ruch był śledzony przez strażnika. Jadła bardzo wolno.
-Możesz ściągnąć maskę, Malfoy. –powiedziała znużonym głosem, choć jej serce podskoczyło. Wiedziała kto to, bo gdy tylko wszedł, po całym pokoju rozniósł się zapach jego perfum. Znała je bardzo dobrze...
-Powiedziałam, że możesz ściągnąć maskę.- powtórzyła, bo blondyn nie zareagował na wcześniejszą uwagę.
-A co? Chcesz sobie na mnie popatrzeć? Ha, ha, ha...- zakpił.- No to proszę bardzo.- zdjął maskę.
-Tak, Malfoy, o niczym innym nie marzę.- warknęła. Draco spojrzał na nią ze złością. Po chwili dostrzegł na jej palcu pierścionek.
-No, no, no... Czyżby nasza gwiazda miała zamiar wyjść za mąż?- spytał z wrednym uśmiechem, ale w środku poczuł, jakby serce pękało mu na miliony kawałków. Już w Hogwarcie widział jak wkłada jej coś na palec ten cały Potter. Miał ochotę go wtedy zabić. Zrobiłby to na pewno, gdyby jej tam nie było.
-Wow, jaki ty się Malfoy, spostrzegawczy zrobiłeś... Chyba zaraz padnę na zawał.- zadrwiła Ariana.
-Szkoda... Wczoraj było tak miło...
-Dla kogo było, dla tego było. A jak już coś to mów za siebie.
- Tak Malfoy, o niczym innym nie marzę- powiedziała ironicznie. Chłopak spojrzał na nią ze złością. Po chwili dostrzegł na jej palcu pierścionek…
- No, no, no czyżby nasza gwiazda miała zamiar wyjść za mąż? – zapytał z wrednym uśmiechem, ale w środku czuł jakby serce pękało mu na miliony kawałeczków.
- Wow jaki ty się spostrzegawczy zrobiłeś… Chyba zaraz padnę na zawał…
- Szkoda… Wczoraj było tak miło…
- Dla kogo było miło dla tego było miło… A jak już coś to mów za siebie…
- Jak powiesz, że ci się nie podobało to nie uwierzę.
- Nie musisz wierzyć i siedzieć przy mnie też nie musisz.-powiedziała Ariana.
- A ty nie musisz mi mówi co mogę, a co nie.- zlekceważyła tą uwagę i zaczęła jeść dalej. – Czarny Pan mówi, że masz jeszcze około tydzień życia.
- Fajnie…- powiedziała i poczuła, że zbiera jej się na płacz. Chwilę siedzieli w ciszy.
- Mogłabyś się streszczać? Wcale mi się nie podoba siedzieć tu i patrzeć jak jesz.
- No widzisz to masz problem. Z resztą… Wcześniej jakoś ci nie przeszkadzało siedzieć i patrzeć na mnie…
- Mogłabyś chociaż w tym ostatnim tygodniu życia być choć troszeczkę milsza.
- Chciałbyś…-warknęła Ariana.
- Może i tak… - przybliżył się do niej- Ale ja mógłbym ci umilić ten tydzień…- był już bardzo blisko niej- To jak będzie?- Ariana tylko spojrzała na niego z współczuciem.
- Chyba śnisz…- powiedziała i rzuciła w niego kawałkiem kalafiora ze swojego talerza- Takiego dupka jak ty nawet kilkumetrowym kijem nie tknę… NIEDOBRZE mi jak na ciebie patrzę. Dlatego jeśli możesz, opuść ten jakże przytulny pokoik i zostaw mnie w spokoju.
- Dzisiaj nie będzie tak łatwo…- mówił- żeby wyjść musze najpierw coś dostać…
- Masz tam leżą jakieś chwasty- wskazała na zwiędnięty bukiet kwiatów na szafce nocnej.- Weź je sobie..
- Myślałem raczej o czymś innym… Wspominałem już, że mogę mieć KAŻDĄ?
- To było NIE NA TEMAT wiesz?
- I co z tego?- spytał Draco.
- Nie no nic… - powiedziała z ironią- Muszę cię zasmucić. Nie KAŻDĄ możesz mieć.
-Tak myślisz? – zapytał i pocałował ją tak jak ona jeszcze nigdy nie była całowana. Całował ją jakby chciał powiedzieć wszystko, co czuje. Wiedział już co do niej czuje. Przez chwilę istnieli tylko oni… Nagle dziewczynie w głowie zaświtał pewien pomysł. Zjechała ręką niżej i objęła go w pasie. Nie był to jednak gest czułości… Ona szukała różdżki. Nie znalazła jej. Draco „odkleił” się od niej i powiedział- Tutaj jej nie ma. Szkoda, nie? – zaśmiał się i skierował w stronę drzwi. Dziewczyna została sama w ciemnym pomieszczeniu. Znowu miała mętlik w głowie.
*
Kilka mil dalej w jednym z biur Ministerstwa Magii siedział wysoki, czarnowłosy chłopak. Gorączkowo przeszukiwał wszystkie raporty dotyczące ataków śmierciożerców. Szukał jakiejkolwiek wzmianki, informacji, promyczka nadziei, jaki pomógłby mu odnaleźć ukochaną. Do pomieszczenia wszedł jego kolega, Jason Moran. Był to wysoki, szczupły brunet.
-Stary, wykończysz się.- powiedział od frontu.
-Muszę ją znaleźć...- odpowiedział Harry i spojrzał na przyjaciela. Na biurku stało kilka pustych kubków po kawie.
-Kiedy ostatnim razem spałeś?- spytał Jason.
-Nie pamiętam...
-To weź się połóż gdziekolwiek i prześpij, bo tak to nic nie zdziałasz.
-Nie matkuj mnie. Wiem co mam robić: znaleźć Arianę. –warknął Harry lekko poirytowany.
-A nie myślisz, że ona mogłaby nie chcieć już wracać?- spytał nieśmiało Jason. Czarnowłosy posłał mu mordercze spojrzenie.
-To nie w jej stylu.
-Jak chcesz.- Moran opuścił pokój.
*
- Ciebie pogrzało już do końca, prawda?! On cię zabije! Wiesz, co to znaczy?! ZABIJE!- krzyknął Draco, gdy przyszedł kilka dni później oznajmić Arianie, że przybył Czarny Pan.
- Wiem, co to znaczy! Łatwo ci mówić „Przyłącz się do niego”, bo całe życie z nim trzymasz! Już wolę umrzeć! Moi rodzice nie bali się śmierci i ja też się nie boję!
- Nie! Sorry, ale o moim życiu nie gadamy.- warknął Draco.
- Nie?! Wybacz, ale jakoś ci nie wierzę!
- Nie musisz. Teraz pójdziesz za mną i powiesz Czarnemu Panu, że się do niego przyłączysz. Dotarło to do ciebie?!
- Nigdzie NIE IDĘ! I nic nie powiem!
- Może mam ci to przeliterować?! A może jeszcze inaczej… Mam cię tam
zanieść?!
-Daj sobie siana! Ja tu zostaję! Spodobało mi się tu, więc z łaski swej pójdź i zawołaj swoich koleżków, niech mnie zabiorą stąd, a później zabiją, ok?! – po tym rzuciła się na lóżko i zaczęła płakać. Zdezorientowany Draco usiadł w fotelu, żeby trochę ochłonąć. Kochał ją. Faktycznie ją kochał i nie chciał, żeby zginęła. Nie powiedziałby jej tego wprost, bo pewnie by go wyśmiała…
- Jak się zgodzisz, to przynajmniej zobaczysz jeszcze swojego Potterka. – nie usłyszał odpowiedzi. Zamiast tego usłyszał jak coś upada. Odwrócił się i zobaczył skuloną na łóżku Arianę i pierścionek zaręczynowy na podłodze… „
To ma być jakiś znak?” pomyślał, „
Nie to niemożliwe…”. Nie wiedział co robi, ale wstał i podszedł do niej. Usiadł na skaju łóżka i patrzył na nią.
-Czego tu chcesz?- zapytała i otarła oczy. Nic nie powiedział tylko mocno ją przytulił. Czuł jak jej łzy kapią mu na ramiona. Gdzieś głęboko, lód jaki kiedyś skuwał jego serce zaczął się roztapiać.
-Ariana...Ja...-zaczął się plątać. Po raz pierwszy nie wiedział, co ma powiedzieć.- Kk...Kocham cię.
Spojrzała na niego. W jej oczach malowało się lekkie przerażenie.
-Wyjdź.- powiedziała. Nie wiadomo czemu posłusznie wstał i odszedł. Przy drzwiach zatrzymał się jednak.
-Zastawiam otwarte drzwi. Postaram się jakoś ich zagadać, a ty stąd uciekaj. Szybko. Ukryj się w lesie, a potem deportuj i wracaj do Pottera. –powiedział i wyszedł. Ariana wpatrywała się przez chwilę w wyjście. Zadecydowała. Wybiegła z domu i pognała prosto do lasu.
| Pomysł:Wiedziała, że igra ze śmiercią... |
| Kiedy:sobota, 9 lutego 2008-12:12:25 |
| Autor: Cathy |
| Opinie |18|
Wypowiedź się |
|
Dla:
*Madzi - dzięki za wsparcie i za wszystko, gdyby nie Ty ten blog byłyby nudny...:*
*Mandy- dzięki za to, że jesteś, to mi wystarcza :*
*Gabrielle- bo ma dobre serduszko i pomaga potrzebującym :*
Do Sali Wejściowej wpadło coś srebrnego. Arianie do złudzenia przypominało pawia. Patronus minął ją i ,,pobiegł” do gabinetu dyrektorki. Dziewczyna zerwała się na równe nogi. Zza zakrętu usłyszała głos madame Rosmerty: ,,Są w Hogsmead. Ratuj uczniów”.
Z pomieszczenia wybiegła profesor McGonagall.
-Proszę pani!- Ariana wyszła z ukrycia.
-Uciekaj.- Minerva była przerażona.
-Chcę pomóc.-nalegała dziewczyna.
-Nie! NIKT nie powinien wiedzieć, że tu jesteś...!
Minęła ją i pobiegła korytarzem wzywając pozostałych nauczycieli.
-Hermiona!- kasztanowłosa odwróciła się. Za nią stał Harry. Dziewczyna rzuciła mu się na szyję.
-Co się dzie...- nie skończył, bo do pomieszczenia wpadło kilku śmierciożerców.
-Drętwota!- krzyknął jakiś. Miał okropną maskę na twarzy, a czarna szata sunęła po ziemi. Ariana rozpoznała jego głos, to Dołohow.
-Protego!- wrzasnął Harry. Pociągnął dziewczynę za rękę i uciekli. Długo biegli korytarzami i schodami. Kasztanowłosej aż kręciło się w głowie. Zbyt dużo wrażeń jak na jeden dzień...
Weszli za jakiś posąg i schowali się.
-Przyszli... Przyszli po ciebie...-wyszeptała Ariana łapiąc młodego Pottera za bluzkę na piersiach. Popatrzyła mu w oczy.
-Musisz stąd uciec...- mruknęła po chwili.
-Nie zostawię cię tu samej.- powiedział Harry poważnym tonem.
-Co ty bredzisz?!- Ariana nie rozumiała go.
-Nie zostawię cię tu samej. Nie mogę, bo...
-Bo co ?!
-Bo... Nie opuszczę osoby, na której mi bardzo zależy... –powiedział wreszcie.
-Słucham?!- Arianie te słowa prawie utknęły w gardle. Mało się nie zakrztusiła.
-No... Kocham cię i chciałem spytać... Czy ty, przypadkiem, nie byś chciała, za wyjść mnie...?-wyrzucał z siebie wyrazy, które nie tworzyły poprawnych zdań. To jednak się teraz nie liczyło. W obliczu wojny i rzucanych między głowami zaklęć, on oświadczył jej się... Popatrzyła mu w oczy. Już nie kryły się za okrągłymi okularami. To już nie były oczy małego chłopca...
-Tak.- powiedziała bez dogłębnego zastanowienia. Czy go kocha? Nie wie. Nie dane jej było rozważanie ,,za i przeciw”. Harry wsunął na palec Ariany pierścionek i uśmiechnął się. Opowiedziała mu pokrótce, co zaszło w gabinecie dyrektorki.
-Tam jest!- ktoś ryknął na cały korytarz i wskazał palcem na Pottera. Ariana bez wahania wyciągnęła z różdżkę.
-Petrificus totalus!- wyskoczyła zza posągu i wycelowała w śmierciożercę. Zaklęcie minęło go zaledwie o cal. Harry wybiegł zaraz za nią, również z różdżką w ręku.
-Drętwota! – trafił w jednego z czterech mężczyzn w maskach.
-Potter!- ktoś wypowiedział to z takim jadem w głosie, że Arianie ciarki przeszły po plecach. Śmierciożerca szedł w stronę Harry’ego. Z różdżką wymierzoną w czarnowłosego.
-Nie jego, matole! Masz JĄ łapać!- wrzasnął drugi. Mężczyzna natychmiast zmienił tor ruchu. Celował w nią. Ariana była gotowa do odparcie zaklęcia. Harry walczył z Dołohowem. Już prawie też miała rzucić się w wir, ale... Oberwała oszałamiaczem w plecy. Przewróciła się i straciła przytomność. Różdżka wypadła jej z ręki.
-Ariana!- Harry próbował do niej podbiec, ale Dołohow skutecznie mu to uniemożliwiał.
-Bierz ją i wynosimy się!- wrzasnął trzeci do tego, którego przed chwilą nazwał ,,matołem”. Mężczyzna wziął na ręce i wybiegł za resztą śmierciożerców. W Hogsmead deportowali się. Potter mógł już tylko patrzeć jak znikają z jego narzeczoną.
*
-Wstawaj! –ktoś mocno szarpnął Arianę, która leżała na brudnej podłodze. Z ledwością podniosła się, ale wywołało to ogromny atak bólu. Za ramię mocno trzymał ją jakiś śmierciożerca.
-Zaraz przybędzie Czarny Pan, więc ukłoń się i okaż należny mu szacunek. –powiedział drugi.
-Nie będę kłaniać się mordercy.- warknęła Ariana, a mężczyzna, który trzymał jej ramię ścisnął ją bardziej.
-Głupia!
W pokoju aportował się wysoki mężczyzna o wężowej twarzy i czerwonych oczach. Lord Voldemort we własnej osobie. Robi wrażenie? Niekoniecznie...
-Jak się nazywasz? –spytał.
-Hermiona Jane Granger. –skłamała dziewczyna. Na pewno nie pomogłoby jej teraz nazwisko.
-Bzdury! To cię nauczy mówić prawdę... Crucio!
Kasztanowłosa osunęła się na kolana. Całe jej ciało trzęsło się pod wpływem ogromnego bólu. Nie krzyknęła jednak. Przygryzła mocno język, aż poczuła w ustach ciepłą krew. Nie chciała dać Voldemortowi tej satysfakcji. Czarny Pan cofnął zaklęcie.
-Jak się nazywasz?- powtórzył pytanie.
-Her...
-Crucio!- kolejna fala bólu ogarnęła dziewczynę. Zwijała sięna podłodze, ale nie pisnęła nic. Ból był nie do zniesienia. Nie widziała ani nie słyszała nic.
-Malfoy! Yaxley!- Riddle wezwał do siebie dwóch śmierciożerców.
-Malfoy, jak już z niej wyciągniemy informacje, będziesz jej pilnować, a ty Yaxley, będziesz szukał Pottera...
-Tak jest, Panie.- ukłonili się.
-To jak, powiesz mi jak się nazywasz?- zwrócił się do kasztanowłosej, która leżała w dalszym ciągu na podłodze. Z wielkim trudem podniosła się i spojrzała Voldemortowi prosto w czerwone oczy.
-Ariana Ameneis Dumbledore.
-A jednak umiesz mówić prawdę... Co ci nagadali o rodzicach?
-Że tak bardzo chciałeś ich mieć wśród swoich sługusów, że zabiłeś ich. Byli zbyt inteligentni na twoje pranie mózgu, zbyt wytrzymali na ból i zbyt odważni.- Ariana wypowiadała te słowa powoli, delektując się każdym z nich.
-Racja. Chciałem ich mieć. Nie dlatego, że byli zdolni. Nie... Twój ojciec był Panem Śmierci, ale ,,podarował” twojej matce coś bardzo ważnego. Pokonała go. Powiedz mi, a co po nich odziedziczyłaś?
-Nic, co by CIEBIE interesowało. –warknęła dziewczyna. Wiedziała, że igra ze śmiercią. Jeśli on ją zabije to dlatego, że mu dopiekła...
-Tęsknisz za bólem? Crucio!- Ariana skurczyła się. Ledwo trzymała się na nogach, ale stała.
-Nie łudź się, że mi nie odpowiesz... Mogę tak w nieskończoność.- Voldemort pogładził kasztanowłosą długimi, lodowatymi palcami po policzku.
-Odwagę, inteligencję, spryt, wygląd i...-Ariana działa Czarnemu Panu na nerwy.
-I...?
-Nienawiść do ciebie.- na jej ustach zagościł na moment triumfalny uśmiech. Miała przecież Czarną Różdżkę. Zabili jej mamę, ale jej nie pokonali, więc teraz należy do niej. Teraz Ariana jest władcą Różdżki.
-Nie. Odziedziczyłaś TYLKO głupotę.- warknął Voldemort. Cel osiągnięty. Wyprowadziła go z równowagi. Obrócił się w miejscu i zniknął.
Podszedł do niej wysoki, szczupły śmierciożerca. Chciał ją złapać, ale wciąż się szamotała. Byli sami i tylko on miał różdżkę. W końcu udało mu się i związał ją. Wziął na ręce i zaczął schodzić do piwnicy.
Czy ona ma pojęcie kto ją ma pilnować? Na pewno nie... Czy wie, że ten ktoś wcale nie ma ochoty tego robić? Tak bardzo się zmieniła. Zupełnie jak w bajce o brzydkim kaczątku... Stała się pięknym łabędziem. Stała się... kobietą. Pełną wdzięku i uroku. Te zmiany zauważył już w IV klasie. Wtedy po raz pierwszy poczuł ukłucie zazdrości i żalu ma jej widok z Wiktorem Krumem. Gdyby mógł cofnąć czas... Nie wypowiedzieć słów, które zostały wypowiedziane... Brednie! Ona kochała tego Weasleya... Ale już go nie ma! Greyback go zabił...
Zatrzymał się i postawił ją na ziemi. Przeciął więzy. Odwróciła się przodem do niego. Z wargi i dłoni ciekła jej krew. Utkwiła w nim spojrzenie jakby chciała zobaczyć kto kryje się pod maską.
-Jeśli jesteś głodna, to tam masz jedzenie.- wskazał na przeciwległy kąt celi. Chciał wyjść, ale w ostatniej chwili dziewczyna rzuciła mu się na szyję i zaczęła całować. On położył ręce na jej biodrach, a ona... zrzuciła mu kaptur i zdjęła maskę.
-To ty?!- krzyknęła Ariana i zaczęła się cofać.
- Tak to ja... Wolałabyś, żeby to był Greyback ?! – Draco Malfoy.
- Nie, ale... Całowałeś się ze SZLAMĄ!
- Ty nie jesteś szlamą, myślałaś, że nie wiem?- miał spokojny ton głosu ale pod wpływem chwili cały drżał.
- Ach no tak... Nie jestem szlamą... Zapomniałam, bo już się przyzwyczaiłam, że TAK na mnie mówisz!
- A jak miałem mówić? „Hello, piękna, co tam?” – zaśmiał się zimno. – Wszyscy w szkole mieli cię za taką.
- Nie wszyscy… A teraz już nawet nie umiesz tego wypowiedzieć?! Wielki pan i władca nie potrafi powiedzieć ,,SZLAMA:?! –drwiła. Malfoy stał i słuchał. Mierzył ją wzrokiem od góry do dołu. ,,Jest bardzo ładna jak się złości...”, pomyślał.
-Co się tak gapisz?!
- Mam na co, to się patrzę, nie?- powiedział cicho. Ona popatrzyła na niego jak na ostatniego śmiecia.
- Przepraszam bardzo… HĘ?!
- Powiedziałem to na głos?- zapytał zdezorientowany.
- Tak powiedziałeś to na głos, kretynie.- wywróciła oczami.
- Dlaczego ty mnie pilnujesz?!
- Kazali to pilnuje.-warknął.
- A ja nie chcę, żebyś mnie pilnował.
- Ty masz tu najwięcej do powiedzenia.- nie patrzył na nią. Bał się spojrzeć w jej oczy. Nie wiedział dlaczego. Może dlatego że zobaczyłby w nich smutek i cierpienie, a nie ten jasny promyczek szczęścia który widział zawsze…
Arianie odechciało się rozmawiać. Tęskniła za Harrym, wszystko ją bolało. Wstała podeszła wolno do łóżka, usiadła, ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać… Miała już tego dość. „Dlaczego jak się wali to wszystko na raz?!” myślała. Po chwili poczuła na karku ciepły oddech. Wiedziała kto to, więc nie odwróciła się. Delikatnie chwycił jej rękę i objął w talii. Siedzieli tak przez chwilę zapominając o całym świecie. Nagle kasztanowłosa wstała i przetarła oczy.
- CO TY ROBISZ?!- krzyknęła.
- Właściwie to sam nie wiem…
- więc daj mi spokój…
-Ale…
- Nic już nie mów WYJDŹ!
-Zrobiłbym to, ale nie mogę- blondyn robił się zły.
-Nie ucieknę! Zabrali mi różdżkę i mam już gdzieś, co ze mną będzie. Teraz wyjdź, nie chcę cię widzieć! Przez CAŁE życie wyzywałeś mnie i poniżałeś, więc dość tego dobrego! Żegnam pana!- krzyczała.
-Mógłbym pomóc...- zaczął, ale Ariana mu przerwała.
-Nie chcę twojej pomocy! Nie znasz mnie!
-Chciałbym poznać! NIE WIDZISZ TEGO?!- dziewczyna usłyszała tyko trzaśnięcie drzwi i szczęk zamka.
| Pomysł:List wszystkiego nie załatwił! |
| Kiedy:piątek, 1 lutego 2008-19:44:14 |
| Autor: Cathy |
| Opinie |6|
Wypowiedź się |
|
Hejka! Kolejny rozdział już sie pojawił, ale następny będzie nieprędko. Zapraszam do czytania!
Następnego dnia Hermiona szła z torbą przez stację Kings Cross w Londynie. Oparła się o barierkę między peronem 10 i 9. Po chwili była już na magicznym, tym wyjątkowym- numer 9 ¾ . Nie mogła się deportować do Hogwartu. Nawet po śmierci Dumbledore’a działało zaklęcie, które to uniemożliwiało. Gdyby nie prośba profesor McGonagall, Hermiona nigdy by nie wróciła do Hogwartu. Przypominał jej zbyt wiele chwil spędzonych z Rona, spędzonych z Harry’m. Zbyt bolesne były wspomnienia. Wiedziała, że nie może wiecznie uciekać od problemów, że musi się pozbierać i nauczyć nie wybuchać płaczem za każdym razem, gdy ktoś wspomni o Ronie. Jednak za mało czasu minęło od jego pogrzebu, by mogła zapomnieć co się stało, by mogła żyć na nowo.
Owinęła się szczelnie czarną peleryną i weszła do pociągu. Szukała wolnego przedziału, gdy natknęła się na pewną dziwnie znaną sobie scenę.
-Mary, przestań wreszcie wertować tę książkę! –mówił wysoki chłopiec. Jego włosy były połączeniem rudego z blondem.
-A jak będą tam jakieś egzaminy? Nauczyłam się wszystkich zaklęć na pamięć, to oczywiste, ale teorii się nie uczyłam...- odparła niska dziewczynka z burzą włosów na głowie. Miała przemądrzały wyraz twarzy i lekko zadarty nosek.
-Możecie przestać wreszcie? Jake nie kłóć się z Mary...-do akcji wkroczył chłopiec z czarnymi włosami w totalnym nieładzie i okularach. Wziął za rękę dziewczynkę i zaprowadził oboje dowolnego przedziału. Na twarzy Hermiony pojawiło się coś, co było lekkim przebłyskiem uśmiechu. Zupełnie jak ona, Harry i Ron w pierwszej klasie. Prawie identycznie. Czy ich losy też się tak potoczą? Oby nie... Tego nawet najgorszemu wrogowi by nie życzyła. No chyba, że Voldemortowi. Tak, jedynie jemu. Weszła do opustoszałego przedziału i usiadła.
Całą podróż spędziła sama. W milczeniu. Tylko raz z zadumy wyrwała ją stara czarownica z wózkiem ze słodyczami. Ciągle ta sama... Miło się uśmiechnęła i odeszła.
Wysiadając z pociągu usłyszała znajomy głos.
-Pierwszoroczni! Tutaj, do mnie!- wołał Hagrid. Jego potężna sylwetka górowała nad przestraszonymi jedenastolatkami, których miał poprowadził do łodzi.
-Witaj, Hagridzie.- powiedziała Hermiona stając za nim. Odwrócił się gwałtownie. O mały włos, a strąciłby jakiegoś chłopca do jeziora.
-Cześć, Mała!- ucieszył się olbrzym.
-Już nie jestem taka mała...- kasztanowłosa wzruszyła ramionami. Nagle Hagrid podniósł wielką jak pokrywa od śmietnika rękę i przyciągnął ją do siebie. Hermiona straciła na chwilę oddech, bo Hagrid chyba nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, jak mocno ją przytula.
-Hagridzie, błagam... Udusisz mnie...- wychrypiała kasztanowłosa. Olbrzym puścił ją.
-Przepraszam.-mruknął i zaczął się rozglądać za Pierwszoroczniakami.
-Nic... Się... Nie... Stało...- odparła Hermiona z trudem łapiąc powietrze. Popatrzyła na tłoczących się w małych łódeczkach młodych czarodziei. Ona też tam kiedyś była. Uśmiechnęła się leciutko. Pożegnała się z gajowym i wsiadła do jednego z czarnych powozów. Siedziała z jakimiś uczennicami, które z ożywieniem rozmawiały o nowym nauczycielu zaklęć. Czy ona też tak robiła? Chyba nie... Ona była zawsze pochłonięta nauką i nie zwracała uwagi na wygląd nauczycieli. Wszyscy jej to powtarzali... Dotarli do Hogwrtu. Wysiadła, otuliła się szczelniej peleryną i powędrowała do zamku. Na korytarzu spotkała profesor McGonagall, a jednak ona nadal zajmuje się Pierwszoroczniakami .
-Dobry wieczór, pani profesor.-powiedziała Hermiona.
-Witaj, moja droga... Zawołam tylko kogoś do poprowadzenia Ceremonii Przydziału i już się tobą zajmuję.- powiedziała.
-Nie ma potrzeby. Chętnie popatrzę na nowych uczniów Hogwartu. –odparła Hermiona siląc się na uśmiech.
-Niestety... To zbyt ważne, bym mogła zaprzątać ci głowę takimi sprawami. –odrzekła zupełnie poważnie. –Popilnuj minutkę ich, a ja zaraz wrócę.
Znikła Hermionie z pola widzenia. Kasztanowłosa długo wpatrywała się w miejsce, w którym przed chwilą stała jej nauczycielka. Z rozmyślań wyrwał ją jakiś krzyk.
-Zostaw moje włosy ty przebrzydły karaluchu!- krzyczała owa dziewczyna nazywana przez kolegów Mary. Za loki spływające jej na ramiona ciągnął jakiś nieco wyższy od niej wyjątkowo jasny blondyn.
-A co mi zrobisz jak nie zostawię? Postraszysz mnie swoimi koleżkami?- zadrwił chłopak.
-To wtedy ja cię postraszę moimi koleżkami.- powiedziała Hermiona stając obok nich.
-Kim pani jest?- spytał blondyn, ale puścił włosy Mary. Jego oczy wyglądały jak dwie piłki od ping -ponga.
-Kimś kogo nie chcesz poznać, jak się zdenerwuje...- szepnęła mu do ucha Hermiona, by wywołać w nim nutkę przerażenia. Z dobrym skutkiem.
-Hermiona!- ktoś z tyłu ją zawołał.
-Lee? Co ty tu robisz?- spytała odwracając się.
-Uczę zaklęć. –pochwalił się.- Ty też będziesz nauczycielem?
-Nie, ja tylko...- zaczęła Hermiona, ale w słowo wpadła jej profesor McGonagall.
-Mamy ważną sprawę do omówienia.- rzuciła rzeczowo.- Proszę za mną.
-Spotkamy się później.- mruknęła do Jordana (to ten kumpel bliźniaków. Swego czasu podkochiwał się w Hermionie) i odeszła za dyrektorką.
Wejście do gabinetu dyrektorki wciąż znajdowało się za posągiem gargulca.
-Wnykopieńki. –powiedziała Minerva i weszła na pierwszy schodek. Hermiona zaraz za nią.
Kiedy już siedziały w jej pokoju przez chwilę utrzymywało się milczenie niczym nie zakłócane.
-A więc, moja droga. Chciałam się z tobą spotkać, ponieważ niedawno, porządkując biurko Albusa, natknęłam się na dwa listy. Pierwszy był zaadresowany do ciebie, a drugi do mnie. Swój odczytałam. Albus prosił mnie, abym ci przekazała list i w razie czego wyjaśniła to i owo.- oznajmiła. Wyjęła z szuflady kopertę i podała ją Hermionie. Dziewczyna wyciągnęła kartkę zapisaną ciasnym, pochyłym pismem.
,,Hermiono!
Wiem, że skoro czytasz ten list, mnie już nie ma na świecie. Umarłem lub zginąłem. To teraz nieistotne. Ważne jest to, że muszę Ci wyznać prawdę. Pamiętasz mugoli, których nazywałaś rodzicami? To charłacy. Zaopiekowali się Tobą po śmierci Twoich rodziców. Wiem, to dziwnie brzmi, ale to prawda. Twoi rodzice, Demrenfaris i Ameneris, byli najwybitniejszymi czarodziejami jakich znałem. Z zawodu byli aurorami. Razem tworzyli niezniszczalny duet. Nawet Sama-Wiesz-Kto chciał ich mieć w swoich szeregach, ale oni pozostali dobrzy do końca... Tym bardziej mi to schlebia, bo Demrenfaris był moim... synem. Tak, wiem, to dla Ciebie wstrząs, ale kiedy Czarny Pan zapragnął mieć Twoich rodziców wśród śmierciożerców, a oni mu odmówili, on krótko mówiąc wpadł w szał. Nie mógł się dowiedzieć o Twoim istnieniu, więc byliśmy zmuszeni oddać Cię na wychowanie do tych charłaków. Nigdy nie zapomniałem widoku, gdy Cię zostawiali. Bardzo Cię kochali... Nadali Ci inne imię niż Ci charłacy. Naprawdę powinnaś nazywać się Ariana (po mojej świętej pamięci siostrze) Dumbledore. To szok, rozumiem, ale na wzgląd na ich pamięć powinnaś zacząć używać prawdziwego imienia i nazwiska.
Pozostawiam Ci jeszcze jedną pamiątkę po nich. Pamiętasz przypowieść o trzech braciach? Insygnia Śmierci i tak dalej? W kopercie znajduje się coś, co należało do Twojej matki. Czarna Różdżka. Strzeż jej jak oka w głowie. Stanowi przedmiot pożądania dla wielu czarodziei. Zaufaj jej, ale nie chwal się, że ją posiadasz. To prowadzi do zguby...
Albus Dumbledore (lub jak wolisz- dziadek)
Kasztanowłosa kilka razy przeczytała list. Nie wierzyła własnym oczom. Okłamywana przez tyle lat, wyśmiewana przez prawie całe życie z powodu swojego pochodzenia. Całe jej dotychczasowe istnienie jakby znikło. To nie fair. Skoro to była tajemnica to OK. Ale na miłość boską ta tajemnica dotyczyła JEJ! Czemu jej to zrobili? Jak była mała to dobra, mogła nie zrozumieć, ale jak już była na przykład w szóstej klasie to mogli powiedzieć...
Spojrzała na profesor McGonagall. Jak usiadła, tak w ogóle się nie poruszała.
- T-to prawda?- spytała dziewczyna. Dyrektorka pokiwała głową. Wciąż do niej to wszystko nie docierało. Przed oczami stanęło jej całe dzieciństwo. Nikt... Nawet słowem nie wspomnieli jej domniemani rodzice, że nie są prawdziwymi. Myśleli, że ona się nigdy nie dowie? Że to kłamstwo, z pozoru niewielkie, nie wyjdzie na jaw? Jak mogli być tacy okrutni i przez całe siedemnaście lat wmawiać jej takie głupoty?!
-Ale... Dlaczego? –brnęła kasztanowłosa.
-Albus chyba ci wszystko wyjaśnił... Her.. To znaczy Ariano, tak powinnaś nosić to imię, to były zupełnie inne czasy. Twoi rodzice naprawdę cię kochali i zrobili to dla twojego dobra!- odrzekła McGonagall.
-Ale chodzi mi o to, że dlaczego mi nie powiedziano jak była na przykład w szóstej klasie.- warknęła poirytowana dziewczyna.
-A jak sobie wyobrażasz scenę: dyrektor szkoły, do której chodzisz jest twoim dziadkiem. Chyba nie za pięknie...
-No niby tak... Ale list też wszystkiego nie załatwił! Co to oznacza? – kasztanowłosa nie dawała za wygraną.
- To, że jako ostatnia z rodu musisz przyjąć swoje przeznaczenie i pogodzić się z tym, że nic nie zmieni twój bunt. Jesteś Arianą Dumbledore, odziedziczyłaś Czarną Różdżkę, jedyną rzecz jaką pożąda Sama-Wiesz-Kto. Musisz jej bronić i w razie czego, zabić go, ale to chyba zadanie bardziej pana Potter’a. – powiedziała dyrektorka.- Dobranoc.
Minerva najwyraźniej dała znak, że ta rozmowa dobiegła końca. Ariana wstała i zamiatając peleryną po ziemi udała się do sowiarni. Na jakiejś kartce naskrobała tylko
,,Nie chcę być sama. Jestem w Hogwarcie. Hermiona.” i wysłała do Pottera. On jeszcze nie wiedział o jej nowej tożsamości.
Poszła do Sali Wejściowej i usiadła na marmurowych schodach. Czekała na Harry’ego. Nagle...
| Pomysł:Pogrzeb. |
| Kiedy:poniedziałek, 28 stycznia 2008-15:24:25 |
| Autor: Cathy |
| Opinie |4|
Wypowiedź się |
|
Wysoka dziewczyna siedziała w pokoju na poddaszu i delikatnie rozczesywała długie, kręcone włosy. Cała ubrana była na czarno. Każdy, kto ją spotkał, wzdrygał się na jej widok. Głownie dlatego, że roztaczała wokół siebie atmosferę tajemnicy. Wielu ludzi to przerażało i trzymali się od niej z daleka.
-Hermiono, przyjechał twój przyjaciel.- to mama wetknęła głowę przez właz na strych. Nigdy wyżej nie wchodziła, bo prowadziła dalej drabinka z liny. Zabawne... Hermiona była pełnoletnia, a jednak wciąż mieszkała z rodzicami. Na wsi. Z dala od cywilizacji i stresów związanych z pracą. Po ukończeniu szkoły chciała rozpocząć pracę w Ministerstwie, ale...
Wstała, wzięła czarną jak smoła pelerynę i zeszła do salonu. Było to bardzo przytulne pomieszczenie. Utrzymane w ciepłych kolorach. Mnóstwo miękkich foteli aż wołało: „Rozgość się!”. Przy drzwiach wejściowych stał wysoki chłopak o kruczoczarnych włosach. Pojedyncze kosmyki opadły niesfornie opadły mu na czoło, które przecinała jasna blizna do złudzenia przypominająca błyskawicę.
-Cześć, Harry.- przywitała się. Jej głos był cichy i bardzo starała się, żeby podczas rozmowy się nie załamał.
-Cześć. Gotowa?- spytał.
Hermiona pokiwała głową. Ona i Harry znali się bardzo długo. Razem chodzili do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Tak, byli czarodziejami i to odróżniało ich od reszty społeczeństwa. Towarzyszył im Ronald Weasley. Zawsze tryskający humorem i energią rudzielec. Był dla nich jak brat. A teraz go nie ma... Odszedł. Ktoś mu w tym pomógł. Harry, Ron i Hermiona odnaleźli wszystkie brakujące horkruksy i zniszczyli je. Przy okazji osłabili moc Lorda Voldemorta, choć on wciąż żył. Kilka dni temu Harry i Hermiona otrzymali wiadomość o śmierci przyjaciela. W pierwszej chwili Hermiona rozpłakała się, a młody Potter wybuchnął przerażającym, histerycznym śmiechem. Tak naprawdę żadne z nich nie chciało uwierzyć w to, co się stało.
Wyszli do ogrodu. Obrócili się i zniknęli. Po koło minucie znaleźli się na cmentarzu. Przeszli przez odstraszającą bramę i stanęli wśród rodziny Weasley. Rodzice Rona pocieszali się wzajemnie. Charlie, Bill i Fleur stali obok nich. Bliźniacy kucali przy Ginny, która osuszała oczy chusteczką. Był nawet Percy! Co prawda trzymał się trochę z boku, ale jego obecność była bardzo ważna w tym czasie.
Harry i Hermiona stanęli nad grobem przyjaciela. Była to marmurowa płyta. Zimna i odrzucająca. Ze zdjęcia uśmiechał się do nich Ron. Kasztanowłosa przeciągnęła palcem po lodowatej fotografii. Był tak blisko... Ledwie kilka metrów pod ziemią, a jednak tak daleko... W niebie. Dzieliło ich tak wiele... Nie wiedziała czy kiedykolwiek pogodzi się z myślą, że rudzielca już nie ma. Chyba ją to przerosło. To ponad jej siły i wyobraźnię. Zawsze, gdy go potrzebowała, Ron zjawiał się i pomagał. A teraz go nie ma... Tak po prostu. Już więcej się nim nie pokłóci, nie opowie mu o swoich przeżyciach, nie przytuli...
Milczeli. Hermionie łzy napłynęły do oczu i poczuła, że nie będzie w stanie dłużej ich powstrzymywać. Kochała Rona jak brata... Ktoś położył dłoń na jej ramieniu. Harry przytulał ją. Chciała ukryć się przed światem w jego ramionach. Czuła się tak bardzo bezpieczna. Chciała tak zostać, wtulona w młodego Potter’a, nigdy nie widzieć okropności życia, bólu, zła... Przerażały ją te rzeczy. A przecież nie powinny... To zwyczajna kolej rzeczy... Czas... Jakże przewrotny jest... Czasem rani, czasem cieszy. W sytuacji Hermiony, bardziej ranił niż dawał powody do radości. Biegnie niazależnie od nas i prędzej czy później trzeba będzie wyjść z ukrycia.
-Znajdziemy go?- spytała nagle, odchylając się lekko id Harry’ego.
-Kogo?- zdziwił się chłopak.
-Tego, kto odebrał nam przyjaciela... Tego, kto odebrał nam Rona... –wyszeptała. Pokiwał głową i jeszcze raz przytulił mocno. Teraz i jego zapiekły łzy pod powiekami. Widział już jak Hermiona płakała, ale nie rozumiał czemu go to tak boli. Pamiętał ją jako zabawnego (ale też odważnego) mola książkowego. Z biegiem lat stała się piękną, czułą i wrażliwą kobietą. Dawniej widział w jej orzechowych oczach radość i zadowolenie z życia. Dziś lśniły w nich perłowe łzy, a w tęczówkach panoszył się strach i ból. Ogarniał całą jej postać. Wydała mu się taka bezradna...
Ostrożnie odwrócił się. Z oddali przyglądała im się Ginny, młodsza siostra Rona. Harry od dawna wiedział, że ona go kocha. On jednak oddał już swoje serce owemu molowi książkowemu- Hermionie. Mimo to przez kilka miesięcy tworzył związek z Ginny. Harry dowiedział się, że Hermiona spotyka się Wiktorem Krumem, co było totalną bujdą, ale niestety on w to uwierzył. Pewnie dlatego tak trudno jej było o nim zapomnieć, bo cały czas wolny spędzał w domu Weasley’ów, Norze.
Do Harry’ego i Hermiony podeszli rodzice Rona.
-Dziękujemy, że przybyliście. To dla nas wiele znaczy...- wychlipała pani Molly.
-Nie mogliśmy nie przyjść.- powiedziała Hermiona.
Przez następne godziny stali w milczeniu i wpatrywali się w grób Rona, tak jakby mogło to mu wrócić życie. Nic to nie dało i wszyscy w ciszy udali się do domów. Hermiona zrzuciła pelerynę i położyła się na łóżku w swoim pokoju na poddaszu. Po chwili musiała jednak ponownie wstać. W szybę drapał śliczna, brązowa sowa. Kasztanowłosa wpuściła ją do środka. Odwiązała list, który przywiązany do nóżki ptaka. Przyniosła sowie wodę i otworzyła kopertę.
„Szanowna Panno Granger,
proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje z powodu Pani przyjaciela.
Pragnę jednak spotkać się z Panią w moim gabinecie, w Hogwarcie. To sprawa, która nie może czekać.
Z poważaniem,
Minerva McGonagall.
PS Dołączam bilet na Ekspres Londyn -Hogwart. Odjazd jutro o godzinie 11.”
Hermiona kilka razy przeczytała list. Co może chcieć McGonagall?
To sprawa, która nie może czekać. O co tu chodzi? Dziewczyna wzięła torbę i spakowała najpotrzebniejsze rzeczy. Na odwrocie listu odpisała tylko, że przybędzie i odesłała sowę. Jutro jedzie do Hogwartu. Uśmiechnęła się lekko. To tam poznała dwóch najlepszych przyjaciół...
| Pomysł:Wracam!! |
| Kiedy:poniedziałek, 24 grudnia 2007-12:56:53 |
| Autor: Cathy |
| Opinie |4|
Wypowiedź się |
|
Witajcie!
Szkoda mi tego bloga i postanowiłam przerobić go ponownie... Nie skasuję tamtych rozdziałów co do historii Harry'ego i Hermiony, ale stworzę nowe opowiadanie. jeszcze nie wiem o czym...
Pomożecie mi?
Oki, macie do wyboru:
1. Hermiona+Draco,
2.Hermiona+Cedric Diggory,
3.Hermiona+ Ron -> serdecznie nie lubię tej pary...
4 inna para- napiszę w komentarzu jaka
Piszcie kogo losy chcecie czytać, bo mnie to szczerze mówiąc wszystko jedno.
Czekam na odpowiedzi...
Cathy
| Pomysł:Koniec... |
| Kiedy:sobota, 10 listopada 2007-19:44:43 |
| Autor: Cathy |
| Opinie |3|
Wypowiedź się |
|
Tak, to naprawdę koniec... I choć szkoda mi jest trochę tego opowiadania, ale nic więcej już nie wymyślę... Ta historia jest dla mnie skończona i zakończył się dla mnie pewien rozdział w życiu. Nie jestem już tą samą osobą co wcześniej... Zmienił się mój styl pisania i w ogóle...
Bardzo często uśmiechałam się czytając Wasze komentarze, za które bardzo, bardzo dziękuję =*
To opowiadanie dedykuję:
*Madzi- jesteś dla mnie opoką, służysz radą i pomocą. Zawsze jesteś przy mnie, no prawie zawsze... =*
*Oli- pomagasz i wspierasz. Po prostu- jesteś =*
*Martynce- śmiejemy się i gnieciemy na kanapie... =*
*Asi- choć jesteśmy pokłócone to i tak lubię spędzać z Tobą czas... Mam nadzieję, że mi kiedyś wybaczysz...=*
Statystyka
Liczba komentarzy: 138 =*
Dodało mnie: 24 kochane osoby, ale nie tylko one pamiętały o tej historii.
Krótkie podsumowanie
Hermiona Potter
Po śmierci Harryego związała się ponownie z Draco Malfoyem i urodziła im się córeczka, której dała na imię Lily, by uczcić pamięć matki jej ukochanego. Zmarła w wieku 70 lat śmiercią naturalną.
Harry Potter
Został zamordowany przez nieznanego śmierciożercę. Zginął pozostawiając na świecie swą żonę, której nie mógł dać potomka (może inaczej- nie zdążył).Zginął w wieku 23 lat.
Matt Riddle
Pojął za żonę Ginny Weasley i po śmierci Harryego opiekowali się Hermioną.
Dziękuję WSZYSTKIM za odwiedzenie tego bloga...
| Pomysł:Rozdział 14 |
| Kiedy:niedziela, 21 października 2007-19:38:11 |
| Autor: Cathy |
| Opinie |4|
Wypowiedź się |
|
Następnego dnia Hermiona obudziła się bardzo późno. Przesunęła dłonią po delikatnej, śnieżnobiałej pościeli. Nie wyczuła nic. Od niechcenia podniosła się do siadu. W sypialni była sama. Jej męża nie było, ale na szafce nocnej stojącej obok łóżka leżała śliczna herbaciana róża. Wstała i podeszła do wysokiego lustra. Z odbicia spoglądała na nią ta sama dziewczyna (czy może kobieta) co wcześniej. Tylko w jej życiu tak wiele się zmieniło. Uwolniła się od ojca-tyrana, Malfoy nie jest już takim draniem no i, wyszła za mąż. O tak, już nie nazywa się Hermiona Riddle tylko Hermiona Potter i była szczęśliwą młodą mężatką. Od wczorajszego dnia.
Doskonale pamiętała ten pierwszy taniec. Było tak spokojnie...
,,Unieś swą twarz i obetrzyj już łzy,
Dużo jest gwiazd, więc je opisz mi.
Wiem jak jest ich wiele i, że mienią się, gdy jesteś tak blisko mnie...
Wszędzie jest niebo, bo śmiejesz się znów,
Serce mi bije na dźwięk twoich słów,
I nagle z radością na świat patrzeć chcę,
Gdy jesteś tak blisko mnie...
Przy tobie noc ma słońca blask,
Serc naszych rytm połączył dziś nas,
Tobie i mnie zdarzyło się to pierwszy raz.
To miłość tak sprawiła, że jesteś blisko mnie..."
Ta piosenka wciąż grała w jej myślach. Tańczyła z Harry’m do niej.
Z kuchni dobiegł ją głos Harry’ego. Powędrowała do Krainy pyszności i smakołyków.
Zajrzała ukradkiem. Jej mąż nachylał się nad jakimś koszykiem i mówił ,,Już dobrze malutkie...”
-Coś tu nie halo. –pomyślała. Weszła do pomieszczenia.
Co ty tu robisz?- spytała. Harry wyprostował się i uśmiechnął szeroko.
-Wszyscy nam coś dali w prezencie ślubnym, więc ja też coś mam, ale dla ciebie. –Podszedł do niej pocałował w policzek. Wrócił do koszyka i odwrócił go. Z głębi patrzyły na nią trzy przecudne, małe istotki.
-Są piękne! Mają już imiona?- wykrzyknęła dziewczyna.
-Nie. To zadanie właśnie dla ciebie.- odparł Harry. Hermiona wzięła na ręce małego, rudego kotka z rozczochraną czuprynką.
-Ten będzie miał na imię Mungojerrie (Mangodżery). Widzę, że jeszcze da nam popalić.- włożyła go z powrotem i wyjęła następnego. Przytulała właśnie ślicznego, białego kociaka. Liznął ją po nosie.
-Och, jaki słodki, ale czuję, że nie jest takim aniołkiem. Będzie się nazywał Ram Tam Tamek. W skrócie Ramek.- odłożyła Ramcia. Pozostał już tylko jeden. Całkiem czarny. Patrzył na nią zupełnie czarnymi, niewinnym oczami.
-Ten będzie Makiawel. Tak. To imię do niego pasuje. Przytuliła go. Nie wiedziała czemu, ale z nim czuła największą więź. Był tak samo niewinny jak i ona w szkole. Czyli wcale.
-Zaraz im zrobię posłanie, a ty może byś, kochanie, poszukała kocyków, dobrze? –zaproponował Harry.
-Oki.
Tak spędzili przedpołudnie. Harry miał wolne, a Hermiona zaczynała pracę w św. Mungu dopiero w poniedziałek (a była sobota).
Gdy Hermiona ubrała się i umyła, wzięła się za gotowanie obiadu.
Czynności wykonywała bardzo chaotycznie z częstymi przerwami na głaskanie nowych członków rodziny. W rezultacie przypaliła obiad i razem z Harry’m musieli zamawiać pizzę, bo naleśniki zupełnie nie nadawały się do spożycia. Jedyne, co można było z nimi zrobić to tylko i wyłącznie wyrzucić do śmietnika. Tak to już bywa jak się myśli o niebieskich migdałach zamiast o tym, co powinno się robić w kuchni- czyli gotować.
Tego wieczoru położyła się bardzo wcześnie, zmęczona ciężkim dniem. W nocy budziły ją skore do zabawy kociaki. Wtedy nakrywała się poduszką, a ona łaziły po niej. W końcu uległa i zeszła z łóżka na podłogę. Była pewna, że za 10 minut kotki się zmęczą i pójdą spać. Ale kociaki nie zmęczyły się nawet przez następne 25 minut. W końcu po godzinie zabawy mogła ponownie położyć się do ciepłego łóżka.
Nie na długo...
| Pomysł:Rozdział 13 |
| Kiedy:czwartek, 4 października 2007-20:39:43 |
| Autor: Cathy |
| Opinie |11|
Wypowiedź się |
|
Witam Was wszystkich!
Cieszę, że mój blog mimo niezbyt częstych notek nie zszedł jeszcze na drugi plan wciąż są osoby, które znajdą choć chwilkę i przeczytają, co ta autorka znowu napisała. 13 rozdział pisałam bardzo długo. Głównie dlatego, że e moim życiu wiele się teraz dzieje. Szkoła, przyjaciele... Wiecie jak to jest. Jednak, udało się. Jest następna notka. Nie wiem kiedy będzie kolejna...
Są jednak osoby, które szczególnie wpływają na moje czasem nudne, czasem zakręcone życie.
Dziękuję:
* Madzi- za to, że ,,kochamy" Blondiego. Zraziłaś mnie uwielbieniem do ,,Big girls don't cry". :*
* Sharpay (www.sharpay95.mylog.pl) - za to, że zawsze służysz radą i pomocą, mimo spięć... A szczególnie Ci dziękuję za to, że wytrzymujesz ze mną i moim gadaniem. :*
*Asiuni (hp-story.mylog.pl)- bo jesteś. I to mi wystarcza. Zawsze wiesz, co mi podpowiedzieć w pewnych sprawach. :*
*Patrycji (catch-up-love.mylog.pl)- za ślub. I pamiętaj: jesteś druhną. :*
-Ia - bo jesteśmy zwariowaną i kochaną klasą. I niech tak zostanie...
A teraz notka:
Nadszedł dzień przyjęcia. Hermiona od rana biegała po domu. Sprzątała, gotowała i przebierała w ubraniach. Harry siedział w fotelu i wodził za nią wzrokiem. Dziewczyna co trochę wydawała z siebie odgłosy poirytowania połączonego z lekkim gniewem. Czarnowłosy już nie mógł wytrzymać. Złapał ciemnowłosą w tali i pociągnął do siebie, zarzucając ją sobie na kolana.
-Czy ty umiesz siedzieć w spokoju przez pięć minut?- spytał całując ją w nos. Zachichotała.
-Chciałam cię poinformować, kochanie, że żenisz się z pracoholikiem.- powiedziała.- Ja traktuję nasze przyjęcie poważnie, a nie siedzę z założonymi rękami na fotelu i czekam aż mi urośnie brzuszek piwny.
-Co?! Jaki brzuszek piwny? Czy widzisz to pięknie ukształtowane ciało?- odparł Harry podnosząc koszulkę i udając obrażonego.
-O tak... Ani grama tłuszczu...- Hermiona uśmiechnęła się. Pocałowała go i wymknęła się do sypialni. Czarnowłosy ponownie opadł na oparcie fotela.
Kilka godzin później
Hermiona przeglądała się w dużym pionowym lustrze. Miała na sobie zwiewną ciemnobrązową sukienkę lekko przed kolana na cienkich ramiączkach. Włosy miała rozpuszczone. Oczy delikatnie pomalowane cieniem. Zadzwonił dzwonek do drzwi.
-Harry, możesz otworzyć?!- krzyknęła.
-Już idę.- usłyszała kroki czarnowłosego. Po chwili rozbrzmiał radosny śmiech Ginny i Rona. Hermiona weszła do salonu, gdzie miało się odbyć przyjęcie. Na kanapie rozsiedli się bliźniacy. Fotel zajął Matt, a następny Ron i Ginny, która siedziała na oparciu. Ciemnowłosa wyjęła różdżkę i wyczarowała kilka wygodnych krzeseł.
-To co, jesteśmy w komplecie?- spytał Ron. Harry i Hermiona pokręcili głową. Ponownie zadzwonił dzwonek. Para podeszła do drzwi. W progu stali koledzy Harry’ego z pracy i szef.
-Jestem Travis Davids. Miło mi. – dyrektor przedstawił się i ujął dłoń Hermiony. Pocałował ją subtelnie. Ciemnowłosa poczuła się dziwnie na ten wyraz czułości, a może... wazeliniarstwa?
-Hej! Jestem Linke, a to David i Justin.- przedstawił kolegów wysoki brunet.
-Cześć! –Hermiona obdarzyła ich promiennym uśmiechem.- Wchodźcie!
Impreza trwała dość długo, ale Hermiona w połowie straciła zainteresowanie i poszła do kuchni pod pretekstem przyniesienia czegoś do picia. Oparła się o blat i zamknęła oczy. Ktoś wszedł do pomieszczenia. To był szef Harry’ego. Był coraz bliżej.
-Widzę, że się nudzisz... Może ulotnimy się gdzieś tylko razem?- zaproponował. Harry stanął za drzwiami i obserwował reakcję narzeczonej. Hermiona zaś udała zainteresowaną.
-Umiesz znikać?- spytała kuszącym tonem. Davids pokiwał z uśmiechem głową.- To znikaj z mojego domu i życia. –wyminęła go i poszła do salonu. Usiadła na oparciu fotela, na którym siedział Fred Weasley, a może był to George? Z kuchni wyszedł Travis. Był ciut przybity. Powędrował do wyjścia. Hermiona wstała i pociągnęła Harry’ego do drzwi.
-Wychodzi pan już?- spytała.- Jaka szkoda... –dodała przesłodzonym głosem. Jednak przebywanie z Malfoy’em miało swoje konsekwencje. Czasem potrafiła być bardzo nieprzyjemna.
-A no tak. Muszę eeee... Wracać do pracy... Obowiązki. Rozumiecie.- wydukał i wyszedł.
-Dobranoc!- Hermiona krzyknęła za nim, ale już go nie było. Wsiadł do czerwonego garbuska. Ciemno włosa wtuliła się w narzeczonego.
-Wracamy?- spytał. Pokiwała głową.
Następne dni Hermiona, Harry, Ron, Ginny i Matt spędzili na szukaniu garniturów, sukni (w tym sukni ślubnej dla Hermiony, choć Harry wciąż jej nie widział), domu weselnego i miejsca do odprawienia ceremonii. Zapraszali gości i wybierali tort.
W końcu, wszystko było dopięte na ostatni guzik.
3 stycznia miał się odbyć ślub. Czy mieliście kiedyś wrażenie, że pod wpływem jakiejś chwili lub sytuacji mieliście wrażenie, że możecie dotknąć gwiazd? Nie? Na pewno jeszcze to przed wami, ale tak właśnie czuła się tego dnia rano Hermiona. Od świtu biegała po pokoju i ciągle coś poprawiała, zmieniała itp. Za nią cierpliwie podążała Ginny z welonem w dłoni.
-Mionuś, wszystko będzie pięknie. Zadbaliście z Harry’m o wszystko. Naprawdę.- powiedziała spokojnie rudowłosa. Ginny była odziana w jasnobłękitną sukienkę lekko za kolana, która pięknie komponowała się z odcieniem jej tęczówek. Włosy miała rozpuszczone, delikatnie pofalowane.
-Serio?- spytała Hermiona zatrzymując się tak gwałtownie, że rudowłosa wpadła na nią.
-Oczywiście! A teraz stań, proszę, bo muszę ci przypiąć welon.
-Och, już dobrze, dobrze, ale sama rozumiesz, że mam prawo się denerwować.- mruknęła Hermiona odwracając się i pozwalając przyjaciółce umieścić welon we właściwym miejscu.
-Denerwować tak, ale nie być zżerana przez nerwy! To ma być i będzie najszczęśliwszy dzień w twoim życiu!
-Dziękuję, Ginny. –wymamrotała brązowowłosa i przytuliła się lekko do rudowłosej.
-No już, spokojnie. Tylko mi się tu nie rozklejaj!- odchodząc na kilka kroków od przyjaciółki.- Pokaż się.
Hermiona stanęła prosto. Wyglądała ślicznie. Suknię miała z delikatnego materiału, który mienił się tysiącami kolorów. Plecy miała odkryte, choć miała na nie zarzucić cienkie, białe futerko. Włosy miała spięte w kok, ale pojedyncze kosmyki były puszczone swobodnie.
-O rany, Hermiono! Pięknie!- wykrzyknęła Ginny klaszcząc w dłonie. Drzwi otworzyły się.
Do pomieszczenia wszedł Matt.
-Wooow! Siostro, Harry będzie przeszczęśliwy!- pocałował ją delikatnie w policzek. – To twój bukiet. – podał jej jedną białą różę zamrożoną w azocie. Piękną białą różę.- Harry czeka w kościele już razem z Ronem. Musimy jechać, jeśli chcesz zdążyć na własny ślub.- otworzył drzwi i wszyscy troje wyszli z domu przyszłych państwa Potter’ów.
Kilka minut później
Hermiona wysiadła z białej limuzyny. Usłyszała grę organów. Za chwilę miała się stać panią Potter. Próbowała ukryć pod suknią drżące kolana. Nie drżały bynajmniej z zimna. Raczej ze szczęścia. Obcas zanurzył się jej w leciuteńkim i puszystym śniegu.
Drzwi kościoła były otwarte szeroko. Przeszła przez próg. Czy widzieliście Wielka Sala w ekranizacji IV części? Podobnie wyglądał kościół. Mnóstwo lodowych rzeźb itp. Widziała jak na końcu miękkiego dywanu czeka ktoś kto ją kocha. Bardzo. Na NIĄ czeka. Stanęła przy Harry’m. Ksiądz rozpoczął ceremonię.
Ja Harry James Potter biorę Ciebie Hermionę Rose Riddle za żonę i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.- usłyszała głos czarnowłosego.
Ja Hermiona Rose Riddle biorę Ciebie Harry Jamsie Potterze za męża i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.
Po godzinie było po wszystkim. Była panią Potter. Szczęśliwą panią Potter.
| Pomysł:Rozdział 12 |
| Kiedy:wtorek, 4 września 2007-15:31:10 |
| Autor: Cathy |
| Opinie |12|
Wypowiedź się |
|
Kolejne dni w życiu Hermiony mijały nie wnosząc nic nowego. Tkwiła na Grimullaud Place jak kołek i pilnowała Malfoy’a, aby przypadkiem nie uciekł. Dziewczyna i tak wiedziała, że tego nie zrobi. Nie przeżyłby na wolności. Jakiś nie zamknięty śmierciożerca by go znalazł i zabił, a on ceni sobie swoje życie. Choć Dumbledore pozwolił Draco wyjść z celi i chodzić po domu, a czasem wyjść z Hermioną na spacer, blondyn nie był z tego zadowolony. Nie tak to sobie wyobrażał. Kiedyś brązowowłosa powiedziała mu, że początki bywają trudne, ale nic sobie z tego nie zrobił.
Zbliżał się koniec tygodnia i termin spotkania z Harry’m. Hermiona podświadomie czekała na ten dzień. Chciała zobaczyć go. Mimo, iż wciąż pozostawała jak lód, to w chwilach zwątpienia i troski gładziła pierścionek zaręczynowy od czarnowłosego. Uśmiechała się przy tym i wspominała czasy, kiedy byli w Hogwarcie szczęśliwą parą i nikt nie bronił im bycia ze sobą. Te czasy już dawno minęły, ale zostały po nich wspaniałe wspomnienia, które będą niezniszczalne w ich pamięci.
Nadeszła wyczekiwana sobota. Hermiona miała wcześniejszego dnia zamiar wstać wcześniej, ale niestety. Zaspała. I to bardzo. Obudziła się dziewiątej. W pośpiechu umyła się i ubrała w dżinsy i błękitną bluzeczkę z krótkim rękawem, na to narzuciła czarny sweterek. Oczy delikatnie podkreśliła ciemną kredką do oczu. Szybko wytarła kurze w podziemnej kuchni i po jakiś kilku godzinach dom wyglądał całkiem nieźle. Była dokładnie 14, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Malfoy, który nie wiedział o wizycie Harry’ego podszedł do drzwi krzycząc do Hermiony ,,Ja otworzę!” Ciemnowłosa już miała wrzasnąć ,,Nie!”, ale było za późno. Blondyn otworzył drzwi.
-Co ty tu robisz?- spytał, a źrenice zwęziły mu się do minimum. Mimo, iż obiecał Hermionie spróbować polubić Potter’a, nie był w stanie strawić go. Nie po tym, co zrobił jego byłej narzeczonej. Za jego plecami ciemnowłosa oparła się o futrynę do wejścia do piwnicy.
-Hermiona mnie zaprosiła.- odparł lakonicznie czarnowłosy i przekroczył próg. Miał na sobie ciemne dżinsy i białą koszulę z długim rękawem. Na to założył czarną marynarkę. Dostrzegł ją. Miał wrażenie, że zauważył cień uśmiechu na jej twarzy. Odwróciła się i weszła do kuchni. Podążył za nią. Za nim jak cień szedł Malfoy. Harry miał ogromną ochotę przyłożyć mu, ale się powstrzymał.
Hermiona siedziała przy stole. Harry usiadł obok. Draco też chciał.
-Draco, proszę zostaw nas samych.- powiedziała ciemnowłosa spokojnym tonem. Blondyn wymaszerował z kuchni i poszedł do swojej celi. Przez dłuższą chwilę siedzieli tak w milczeniu wpatrując się w swoje dłonie.
-Napijesz się czegoś?- spytała Hermiona wstając.
-Herbaty. –odparł nie spuszczając wzroku z dziewczyny. Ciemnowłosa krzątała się przy przygotowywaniu napoju. Harry podszedł do niej i oparł się o szafkę.
-Wiesz, że wcale tego nie chciałem...-zaczął czarnowłosy. Hermiona zastygła na chwilę.
-To dlaczego to zrobiłeś?- szepnęła. Harry wziął ją za rękę poprowadził z powrotem do stołu. Opowiedział jej jak Chang go kokietowała, aż wreszcie posunęła się do pocałunku. Gdy skończył dziewczyna wstała i odwróciła się do niego plecami. Z jego wersji wynikało, że ona całkiem się myliła. Komu ma wierzyć? Sobie, czy osobie, na której jej bardzo zależy? Rozum walczył z sercem.
Za nią Harry wstał i podszedł do niej. Poczuła na sobie jego oddech. Delikatnie objął ją od tylu. Serce zabiło jej mocniej. Tak bardzo jej tego brakowało... Odwróciła się i wtuliła w niego. Serce wygrało. Nie po raz pierwszy. Tamten czas już się nie liczy. Nieważne są kłótnie z przeszłości. Ważne są tylko chwile tu i teraz. Pocałowała go. Po raz pierwszy od kilku tygodni była naprawdę szczęśliwa.
***
-A więc są państwo zdecydowani?- spytał jeszcze raz niski, gruby mężczyzna.
-Tak.- odparł z uśmiechem Harry. Trzymał za rękę Hermionę. Rdzawy listek opadał delikatnie na trawę. Pierwsze oznaki jesieni. Stali przed małym domkiem. Do wejścia prowadziła mała, wąska ścieżka. Miał barwę kremową a dach był ciemnobrązowy. Wokół było dużo roślin. Idealnie przystrzyżony trawnik komponował się wspaniale z całą resztą.
-Wspaniale! Podpiszmy dokumenty!- uradował się mężczyzna.
***
Dnie mijały, a Harry i Hermiona spędzali je głównie na wybieraniu wyposażenia swojego nowego domu. Kupili również samochód (Ford Focus Coupe-Cabriolet, bo oboje zaraz po szkole na wszelki wypadek zrobili prawo jazdy), by w oczach węszących sąsiadów wyglądać bardziej normalnie.
Chciał, nie chciał na zimę dom był gotowy.
***
Hermiona i Harry siedzieli w kuchni w swoim nowym domu i popijali poranną kawę.
-Harry, a może zrobimy parapetówkę? Zaprosimy Ginny, Rona, Matt’a twoich kolegów z pracy i może dyrektora z żoną... Co ty na to?- spytała Hermiona siadając czarnowłosemu na kolanach i poprawiając mu krawat.
-Dobry pomysł.- Harry uśmiechnął się. -Tylko kiedy?
-Może w piątek o 19.30...- powiedziała ciemnowłosa podchodząc do kalendarza.
-Niech będzie. Zaproszę Linkiego, Davida i Josh’a oraz oczywiście szanownego pana dyrektora, a ty Weasley’ów i Matt’a.- pocałował ją w policzek.- No, ale jak zaraz nie wyjdę to się spóźnię i nici z zaproszenia na przyjęcie. –zabrał marynarkę i wyszedł. Hermiona stała jeszcze chwilę oparta o szafkę dopijając kawę. Odstawiła kubek do zlewu i poszła się ubrać. Po kwadransie była gotowa i deportowała się z łazienki (żeby nikt nie widział) do Hogsmead. Przeszła przez zaśnieżone błonia i wstąpiła do zamku. Widać, była przerwa między lekcjami. Hermiona zauważyła tych dwóch Gryffonów, którzy kiedy ją podrywali. Stała pod Wielką Salą i czekała na przyjaciół, którzy jedli obiad. Chciała im zrobić niespodziankę. Od dawna nie dawała znaku życia, a teraz... Zmieniła się. Była szczęśliwa, uśmiechnięta. Nie nosiła już smętnej czarnej peleryny, tylko spodnie dżinsowe, kozaki wysokie z futerkiem, jasnoróżowy, wełniany golf, a na to narzuciła płaszcz. Włosy miała rozpuszczone.
Gryffoni podeszli do niej.
-Hej! Pamiętasz nas? –spytali podchodząc. Dziewczyna pokręciła przecząco głową.
-Jestem Ryan.- powiedział blondyn z błękitnymi oczami.- A to Mike.- przedstawił bruneta z ciemnymi tęczówkami.
-Hermio... Matt!- właśnie zauważyła brata i podbiegła rzucając u się na szyję.
-Masz na imię Hermiomatt?- spytał Ryan.
-Nie! Hermiona!- powiedziała.
-Co cię tu sprowadza siostrzyczko?- spytał Matt, gdy dołączyli do nich Ginny, Ron i bliźniacy.
-Chciałam zaprosić was na parapetówkę. Kupiliśmy z Harry’m śliczny domek na przedmieściach Londynu.- pochwaliła się.
-Super! A kiedy?- Ginny uśmiechnęła się.
-W piątek o 19.30. To jak, wpadniecie?
-Oczywiście! –odpowiedzieli chórem.
-Tylko proszę was. Nie deportujcie się. Mamy strasznie wścibskich sąsiadów. Wolę, żebyście weszli drzwiami.
-Dobra, tylko daj adres.- Hermiona wyciągnęła z torebki małą karteczkę i pióro. Naskrobała na nim miejsce zamieszkania.
Pożegnała się ze wszystkimi i opuściła szkolne mury.
| Pomysł:Rozdział 11 |
| Kiedy:środa, 29 sierpnia 2007-13:55:14 |
| Autor: Cathy |
| Opinie |12|
Wypowiedź się |
|
Na początku chcę Wam podziękować za komentarze. Podnoszą na duchu i w ogóle... Muszę niestety zawiadomić Was, że wraz z początkiem roku szkolnego notki na moim blogu będą się ukazywać zdecydowanie rzadziej, może nawet doprowadzi to do skasowania bloga... Nie wiem sama... Co Wy o tym sądzicie? Czekam na opinie...
Całuski,
Katie :**
Następnego dnia rano Hermiona szybko ubrała się (dżinsy i błękitna koszulka z krótkim rękawem) i umyła. Nie spała całą noc. Ciągle miała przed oczami scenę między Harry’m i Cho.
Jak on mógł mi coś takiego zrobić?
Wyszła przed Kwaterę Główną Zakonu Feniksa i deportowała się do Hogsmead. Przeszła przez błonia. O tej porze jeszcze wszyscy spali. Przemknęła przez korytarze szkolne i stanęła przed posągiem gargulca.
-Muchy plujki!- mruknęła.
***
Czarnowłosy chłopak snuł się bez celu po zamku Hogwart. Usłyszał czyjeś pospieszne kroki. Odwrócił się. Zobaczył ją. To ona. Tylko co tu robi? Pobiegł za nią. Dogonił ją dopiero pod posągiem strzegącym wejścia do gabinetu dyrektora.
-Hermiona!- zawołał.- Wysłuchaj mnie!- złapał ją za rękę.
-Wymyśliłeś kolejną bajeczkę? Wybacz, mój drogi, ale nie mam czasu jej teraz wysłuchać... Śpieszę się. –wyjęła rękę z jego uścisku. Wskoczyła na pierwszy schodek. Chłopak zrobił to samo.
-Nie spocznę, póki mnie nie wysłuchasz. Za bardzo cię kocham, żeby cię tak stracić.- powiedział.
-Trzeba było o tym myśleć wcześniej.- syknęła. Zapukała . Prawie natychmiast dało się słyszeć cichutkie
,,Proszę” i ciemnowłosa weszła do środka. Sama. Pod drzwiami zostawiła młodego Potter’a.
-Witaj Hermiono!- przywitał ją dyrektor Hogwartu.- Mam wrażenie, że ktoś stoi pod drzwiami. Wpuść go. –polecił. Dziewczyna chciała zaprotestować, ale przecież nie była u siebie.
Harry pomyśli, że wróciłam do Draco... , myślała gorączkowo. Otworzyła szeroko drzwi wpuszczając czarnowłosego do środka, po czym usiadła. Zielonooki ponownie uczynił to samo. Powoli irytowało ją to, że ciągle robi to, co ona.
-No więc. Słucham cię, Hermiono.- zaczął dyrektor.
-Malfoy wyraził chęć zmienienia swojego postępowania na lepsze. Zapragnął jednak bym to ja pomogła mu się odbić od dna i jak to ujął ,,Nauczyć żyć inaczej.” Chciałam mu pokazać, że świat nie patrzy na byłych śmierciożerców tak źle jak myślał. Czy mogę go gdzieś zabrać? Oczywiście z dala od ludzi i mugoli. Do lasu na przykład...-wytłumaczyła.
-Hmmm... To się może udać, ale nie oddam mu różdżki. Na razie, nie.- powiedział starzec. Na twarzy Hermiony zagościł triumfalny uśmiech.- A ty, Harry? Po co przybyłeś?
-Ja tylko... –zaczął.
-Przyszedłem tu za Hermioną. Czyż nie?- wpadł mu w słowo Dumbledore.- Swoją drogą to zachowujecie się jak dzieci. –Hermiona wstała, gotowa opuścić pomieszczenie w każdej chwili.
-Niby dlaczego?- spytała ostro.
-Sama pomyśl, Hermiono, czy Harry kiedykolwiek cię okłamał? Czy choć raz dał ci powód do uważania go za niewiernego?- zapytał Albus, jakby w przestrzeń. Pokręciła przecząco głową.
-Harry, czy Hermiona kiedykolwiek powiedziała ci, że kocha kogoś innego niż ty?- czarnowłosy również zaprzeczył.
-Panie profesorze, ja wiem, co widziałam.-powiedziała dziewczyna przez zaciśnięte zęby.
-Z tego, co wiem, widziałaś tylko sam pocałunek. Nie wiesz, co działo się wcześniej. Może warto by się dowiedzieć, spotkać i na spokojnie omówić pewne sprawy?- zaproponował Dumbledore. Oboje (bo Harry także wstał, chociaż wcale nie chciał już biec ze Hermioną) stali w milczeniu.
-W sobotę o 14.00 na Grimmauld Place 12. Tylko się nie spóźnij.- powiedziała Hermiona i wyszła bez słowa pożegnania.
***
Deportowała się do Kwatery Głównej. Skierowała się prosto do ,,celi” Draco. Dzisiaj wartę miała Tonks. Miała wściekłoróżowe włosy. Hermiona zauważyła też pobłyskujący w promieniach słońca pierścionek. Z czułością i niezauważalnie dotknęła swojego pierścionka zaręczynowego od Harry’ego.
-Witaj Tonks.- przywitała się.
-Cześć Hermiono! Idziesz do tego szaleńca? Nie radzę.- gadała. Widać, że siedzenie samej jej nie służyło. Gdy dorwała pierwszą lepszą osobę do rozmowy, przekraczała wszelkie granice.
-Tak, idę. Mało tego. Wyprowadzę go na spacer. –spojrzała na przerażoną minę Nimfadory. Różowowłosa już otwierała usta, by coś powiedzieć.- Spokojnie, mam zgodę Albusa.- powiedziała i odsunęła się. Tonks wciąż oszołomiona otworzyła drzwi, o dziwo, milczała.
Hermiona wkroczyła do pomieszczenia.
-Draco, ubieraj się. Idziemy na spacer. I nie marudź, że jest za jasno. Jest piękna pogoda. –powiedziała głośno. Blondyn wyszedł z cienia. Miał na sobie dżinsy i białą koszulę z długim rękawem.
-Gotowy? Deportuję nas oboje sama. Złap się mojego ramienia.- poleciła. Zrobił, co kazała.
Po chwili znaleźli się na zielonej polanie. Powietrze było świeże i czyste. Oddychało się z prawdziwą przyjemnością. Ptaki śpiewały jakąś wyjątkowo spokojną pieśń. Słońce świeciło jasno. Usidli na trawie.
-Dlaczego to robisz?- spytał nagle.
-To znaczy co?
-Pomagasz mi. Równie dobrze mogłaś zapomnieć o tym epizodzie swojego życia kiedy no, byłaś moją narzeczoną, a potem zerwałaś ze swoją przeszłością. Nie chcę być też odskocznią od problemów z Potter’em. Nadal cię kocham i chcę wiedzieć na czym stoję. –powiedział.- Nadal go kochasz?
Hermiona bez słowa pokiwała głową.
-Wcale nie chciałam, żebyś poczuł się urażony. Ja go kocham i chyba nigdy nie przestanę. To jest silniejsze ode mnie. Teraz wiem, że wtedy zrywając z nim po szkole popełniłam błąd, bo nie potrafiłam o nim zapomnieć. –powiedziała.
-Nie czuję się urażony. Już nie. Cieszę się, że wyjaśniliśmy sobie pewne kwestie. Nie martw się. Nie będę szukał zemsty na was. Wiesz, że dla ciebie zrobiłbym wszystko, postaram się nawet zaprzyjaźnić z Potter’em, bo z tobą chyba nie muszę.- uśmiechnął się. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech.
Może nareszcie zacznie się coś układać...?
| Pomysł:Rozdział 10 |
| Kiedy:niedziela, 5 sierpnia 2007-11:44:03 |
| Autor: Cathy |
| Opinie |10|
Wypowiedź się |
|
Witajcie!
Oto przed Wami moja kolejna notka. Mnie się ona nie bardzo podoba. Mogła być lepsza, ale dobrze, że w ogóle jest.
Siedziała na łóżku. Miała na sobie jego koszulę. Włosy miała rozpuszczone. Przeglądała właśnie jakąś mugolską gazetę dla kobiet. Może był to Cosmopolitan? Harry’ego to jednak nie interesowało. Liczyła się tylko ona. To, że jest i, że jest jego. Podszedł i usiadł obok niej. Podniosła na niego wzrok.
-Harry, czemu mi się tak przyglądasz?- spytała z uśmiechem.
-Bo lubię.- odparł. Pocałował ją delikatnie.- Kupiłem gazetę.- oznajmił. Dziewczyna przybliżyła się do niego, by po chwili mogli się zagłębić w lekturze.
-Ten ciekawy.- powiedziała Hermiona.-
,,Domek. Parter. Mały ogródeczek. Cztery pokoje plus kuchnia i toaleta. Cena do uzgodnienia.”- przeczytała na głos.
-Możemy zadzwonić jak będziemy w Hogsmead i obejrzeć. Jak chcesz.-powiedział czarnowłosy.
-Bardzo! Nie wiem jak ty, ale ja idę się umyć i idę spać. Nie wyspałam się.- oznajmiła Hermiona.
-Ty?! Gdy wstałem o piątej rano to ty jeszcze smacznie spałaś...- obruszył się Harry.
-Wiem, ale wczoraj do późna nie mogłam usnąć.- wyszła. Wróciła po kwadransie. Potter leżał już w łóżku. Ułożyła głowę na jego torsie i przytuliła się.
-Idziesz jutro do pracy? –spytała Hermiona.
-Niestety tak.- mruknął.- Dobranoc.- uciął temat. Nie miał ochoty rozmawiać o ,,nowym nabytku" w pracy.
-Miłych snów.
***
Następnego dnia Harry wyjątkowo niechętnie wyruszył do pracy. Gdy był już w swoim biurze, zauważył, że zapomniał kanapek, które tak pieczołowicie zrobiła jego narzeczona (ach ta kochana skleroza).
-Najwyżej wyskoczę na chwilę do sklepu.- powiedział sam do siebie. Popatrzył na zdjęcie w ramce. Spodziewał się ujrzeć tam Hermionę, ale jakież było jego zdziwienie, gdy okazało się, że na zdjęciu jest czarnowłosa dziewczyna, przypadkiem podobna do Cho Chang.
-No to teraz przegięła...-powiedział ze złością i postanowił poczekać na czarnowłosą.
Zjawiła się bardzo szybko. cała w skowronkach. Czarnowłosemu nie było do śmiechu.
-Co to ma być?- spytał z nutką ironii.
-Nie wiem o czym mówisz. Myślę, że po prostu dotarło do ciebie jak bardzo mnie kochasz i zmieniłeś zdjęcie.- odparła przybliżając się.
-Co ci odbiło?! Jestem zaręczony i szczęśliwy!
Dziewczyna rzuciła się na niego. Dłonie położyła mu twarzy. Jej jaskrawo różowe paznokcie wbijały mu się w policzki, pozostawiając ślady. Próbował się od niej uwolnić. Złapał ją za ramiona. Wyglądało tak jakby ją przytulał.
Brązowowłosa dziewczyna deportowała się na piętrze opatrzonym :Dział Aurorów. Skierowała się w kierunku pokoju. Nacisnęła zimną klamkę. Chciała zanieść śniadanie narzeczonemu. To, co zastała nie było miłym widokiem. Jej narzeczony z jakąś dziewczyną. Dziwnie znajomą. Wypuściła z rąk pakunek. Do oczu napłynęły jej łzy. Czarnowłosa dziewczyna odkleiła się od Harry’ego. Potter spojrzał z przerażeniem na Hermionę, która stała wciąż zszokowana.
-Ups...-mruknęła Cho.
Hermiona wybiegła.
-Hermiona! To nie tak!- krzyknął Harry. Z policzka spływała mu krew. Pobiegł za narzeczoną. Złapał ją na schodach. Przytrzymał ją za ramiona.
-Nie mogę uwierzyć, że byłam taka głupia!- krzyknęła.
-Ta wariatka rzuciła się na mnie. Próbowałem ją z siebie zdjąć, ale miałem jej paznokcie na twarzy i to bolało.- tłumaczył czarnowłosy.
-Naprawdę? Mógłbyś wymyślić jakąś lepszą bajeczkę. To wyglądało zupełnie inaczej!- wyrwała się i wybiegła. Harry usiadł na schodach. W jednej chwili jego świat tak idealny z powodu Hermiony zawalił się. Nie wiedział co ma robić. Potargał włosy.
Deportowała się do Hogsmead. Pobiegła prosto do pokoju. Pozbierała swoje rzeczy do kufra i ruszyła do gabinetu dyrektora.
-Cytrynowe dropsy.- powiedziała do gargulca i przed nią ukazały się duże drzwi. Zapukała.
-Proszę.- usłyszała. Weszła do środka zostawiając kufer na zewnątrz.
-Panie dyrektorze, chciałabym zrobić coś dla Zakonu Feniksa i wydobyć z Malfoy’a informacje. Czy Kwatera Główna jest tam gdzie była ostatnio?- wyrzuciła z siebie. Oczy dalej ją piekły, ale powstrzymywała łzy. Miała ochotę zadać komuś ból, może nawet zabić.
-Tak.
-Dziękuję. Do widzenia.- mruknęła.
-Czy coś się stało, Hermiono?- spytał dyrektor.
-Nie. Oczywiście, że nie.- zmusiła się do uśmiechu. Zamknęła umysł. Opuściła pomieszczenie i wybiegła na błonia.
-Grimmulaud Place 12.- szepnęła i już jej nie było.
Znalazła się w ciemnym domu. W Kwaterze Głównej mieli dyżury różni członkowie Zakonu, by pilnować Malfoy’a. Dzisiaj padło na Kingsley’a Shacklebota.
-Cześć, Hermiono!- powitał ją czarnoskóry z uśmiechem.
-Witaj.- odparła.-Będzie ci przeszkadzało jeśli zatrzymam się tu na trochę?
-Nie!
- Dalej nic nie powiedział?
-Milczy.
-Mogę go zobaczyć?- Kingsley podniósł brwi.
-Oczywiście.- po prowadził ją do piwnicy. Otworzył bardzo skomplikowany zamek i Hermiona weszła do środka. Gdy zamykał drzwi mruknął do niej : ,,Uważaj na siebie.”"
Dziewczyna rozejrzała się. Było to ciemne pomieszczenie. Jedno okno dawało niewiele światła. No i było zakratowane. Na łóżku leżał blond włosy mężczyzna. Był bardzo przystojny, ale było w nim coś dziwnego, tajemniczego.
-Draco...- szepnęła i podbiegła do niego. Mężczyzna spojrzał na nią. Jego szare tęczówki były takie zimne. Uklękła przy łóżku. Łzy same się cisnęły jej do oczu. Czuła ból. Okrutny ból.
-Draco, tak cię przepraszam. Nie chciałam tak tego skończyć. Chciałam ci wszystko wytłumaczyć. Dzisiaj okazało się, że nie potrzebnie.- wyrzuciła z siebie. Malfoy podniósł się do pozycji siedzącej.
-Co się stało?- odezwał się.
-Nakryłam Harry’ego jak całował się Cho Chang. Myślałam, że mnie kocha. Myliłam się.- wyrzucała słowa.
-Hermiona teraz już widzisz. Sama dokonałaś wyboru. Dla ciebie zrobiłbym wszystko, a przede wszystkim: nie zdradziłbym cię. Nadal cię kocham.- przytulił ją. Hermionę trochę przeraziło to, co powiedział.
-Skoro tak, to przestań być taki zimny, zamknięty. Tu są ludzie, którzy ci pomogą. Tak jak mi.- powiedziała.
-Pomożesz mi? Naucz mnie żyć tak jak normalny człowiek.- prosił blondyn.
-Postaram się. Na razie nie oddadzą ci różdżki, ale może pozwolą ci wyjść stąd... Porozmawiam z Albusem.- wstała i skierowała się do wyjścia. Zapukała. Otworzył jej Kingsley.
Powędrowała do pokoju, w którym spała, gdy nie mogła wstąpić do Zakonu. Nie wiedziała dlaczego poszła do Malfoy’a. Tak kazało jej serce. Chciała porozmawiać z kimś, kto znał ból po utracie kogoś bliskiego. Czuła się lepiej po spotkaniu z Draco. Chęć zadawania bólu innym znikła po tej rozmowie. Może jeszcze pogodzi się z Harry’m może wróci do Draco. Nie wiedziała co zrobi. Wiedziała, że musi pomóc blondynowi. W pewien sposób czuła się odpowiedzialna za niego. Przecież kiedyś nie był jej obojętny.
Czas pokaże...
Siemka! Oto przed Wami moja ostatnia notka przed moimi wakacjami. Wrócę, ale nieprędko. Na razie oddaję Wam w wasze ręce rozdział 9.
To dla Was:
Gorące słońce świeciło wysoko nad ziemią. Dwoje zakochanych w sobie ludzi leżało na trawie i nazywało kształty chmur.
-Spójrz, ta wygląda ja króliczek...-powiedziała z uśmiechem dziewczyna pokazując na obłok. Chłopak tylko zerknął na chmurę i ponownie popatrzył na ukochaną. Pogładził brązowowłosą po policzku i pocałował.
-Kocham cię.-wyszeptał. Dziewczyna uśmiechnęła się. Z czułością oddała pocałunek.
-Ja ciebie też kocham, Harry.- odparła. Spojrzała na zamek, w którym mieszkali.- Harry nie możemy tu wiecznie mieszkać.- powiedziała głosem przesyconym powagą.
-Dumbledore mówił, że uczniom to wcale nie przeszkadza. Niektórzy nawet nie wiedzą, że tu jesteśmy...- odparł Harry.
-On to mówił z grzeczności i dobroci serca!- Hermiona wstała.- Głównie dlatego, że martwi się, że sobie nie poradzimy, bo zabiliśmy Voldemorta!
-Nie zaczynaj znowu, proszę cię!- Harry też już wstał.- Jutro idę do pracy i chcę być pewny, że nic ci się nie stanie.
-Nie zapominaj, że byłam śmierciożercą przez ładnych kilkanaście lat. Umiem się obronić.
-Kochanie, już nim nie jesteś. Zmieniłaś się! –Harry podszedł do dziewczyny i przytulił.- Obiecuję, że jutro jak będę wracał z pracy to kupię mugolską gazetę i razem znajdziemy jakieś ładne mieszkanko. U Gringotta można przecież wymieniać pieniądze.
-No dobrze.- powiedziała Hermiona przeciągając sylaby i wtulając w ukochanego. Trzymając się za ręce wrócili do zamku na kolację. W Wielkiej Sali byli już wszyscy: Ron, Matt, Ginny i bliźniacy.
-Cześć.- przywitali się Harry i Hermiona.
-Witajcie gołąbki!- Matt uśmiechnął się robiąc siostrze miejsce.
-Zobaczymy jak ty się zakochasz...- odparła spokojnie Hermiona siadając obok bruneta. Harry usiadł obok Rona.
-To się na pewno nie stanie!- zarzekał się Matt. Hermiona zauważyła, że Ginny spuściła smętnie głowę.
-Jeszcze zobaczymy.
***
Następnego dnia Harry obudził się bardzo wcześnie. Nic dziwnego- wracał do pracy. Wstając z łóżka jęknął cicho, by nie obudzić wciąż jeszcze smacznie śpiącej Hermiony. Ubrał się (dżinsy i czarna koszula) i pocałował delikatnie narzeczoną. ,,Ale jej zazdroszczę! Może spać do woli, a ja będę harował!” pomyślał wychodząc.
Przeszedł przez błonia i w Hogsmead deportował się.
Stał na końcu bardzo długiego, imponującego holu z wypolerowaną, lśniącą posadzką z ciemnego drewna. Na suficie koloru pawiego granatu lśniły złote symbole, nieustannie poruszające się i zmieniające jak jakaś wielka, niebiańska tablica ogłoszeń. W pokrytych błyszczącą drewnianą boazerią ścianach widniało mnóstwo kominków. Co parę sekund z jednego z kominków w ścianie po lewej stronie wynurzała się z cichym poświstem postać czarownicy lub czarodzieja, natomiast po prawej stronie przed kominkami tworzyły się krótkie kolejki czarodziejów czekających na odjazd.
W połowie holu była fontanna. Pośrodku okrągłej sadzawki stały wysokie złote posągi. Najwyższym był posąg nobliwie wyglądającego czarodzieja z różdżką wycelowaną prosto w górę. Wokół niego stały posągi pięknej czarownicy, centaura z napiętym łukiem, goblina i skrzata domowego; ci ostatni wpatrywali się z zachwytem w czarodzieja i czarownicę. Z końców ich różdżek, z grotu strzały centaura, z ostro zakończonego szczytu kapelusza goblina i z uszu skrzata tryskały migotliwe strumienie wody, opadające wdzięcznymi łukami do sadzawki, a ich łagodny szmer mieszał się z cichymi pyknięciami i trzaskami aportacji i deportacji oraz z tupotem stóp setek czarownic i czarodziejów zmierzających ku złotym wrotom w drugim końcu holu. Większość miała ponure, zaspane twarze.
Harry przeszedł przez złote wrota. Skręcił do windy i wjechał na piąte piętro, gdzie mieściło się Biuro Aurorów. Tuż obok wejścia była ,,recepcja”. Miła, pulchna czarownica w podeszłym wieku, która tam pracowała jako sekretarka zwróciła się do Potter’a:
-Pan Davids chce z tobą pomówić.
-Teraz?- spytał zrezygnowany Harry. Nie dość, że się nie wyspał, to jeszcze będzie musiał wysłuchiwać wymówek dyrektora, dlaczego to on, Harry, przykład dla pracowników nie raczył przyjść do pracy (ba- przychodzić) i nawet o tym nie powiedzieć!
-Tak.
Harry cicho zapukał w dębowe drzwi. Prawie natychmiast dało się słyszeć ,,Proszę”, jakby ten ktoś czekał na niego. Czarnowłosy wszedł do środka.
-Pan się chciał ze mną widzieć...- wydukał. Choć pan Davids był niewiele starszy od Harry’ego (bo aż o trzy lata) na jego twarzy widać było gniew i zmarszczki jak u sześćdziesięciolatka.
-Jak śmiałeś wyjechać, dać się porwać, pomóc w zabiciu Voldemorta i nic mi o tym wszystkim nie powiedzieć?!- zagrzmiał Davids.
-A no jakoś tak wyszło, proszę pana.-powiedział Harry z wysoko podniesioną głową, gdyż wiedział, że dyrektor tylko udaje złego. W tej chwili poważny pan Davids podszedł do Potter’a i podał mu rękę.
-Gratuluję.-powiedział.
-Dziękuję, panie dyrektorze.
-Proszę, gdy nie jesteśmy w pracy mów mi po imieniu, bo czuję się strasznie stary. Jestem Travis. A teraz idź już. Do roboty! – Travis uśmiechnął się.
-Bardzo mi miło.
-Mam nadzieję, że kiedyś poznam tę dziewczynę, która zawróciła ci w głowie i pokonała Voldemorta...
-Z pewnością.- odparł Harry i wyszedł z uśmiechem na ustach. Wszedł do pokoju aurorów i usiadł przy swoim biurku. Nikogo jeszcze nie było, a przecież pracuje tam jeszcze trzech aurorów w jego grupie wiekowej. W tej chwili do pomieszczenia wpadli jak burza: Linke, David i Justin.
Linke był brunetem, czyli jak sama nazwa wskazuje, miał ciemne, krótkie (prawie czarne) włosy i ciemne oczy. Były wysoki i szczupły. W tej chwili ciężko dyszał (jak inni chłopcy), z czego można było wywnioskować, że biegli po schodach. ,,Pewnie znowu winda się zacięła” pomyślał Harry.
David miał ciemnobrązowe włosy i niebieskie oczy. Był średniego wzrostu i był baaardzo wysportowany. Zanim został aurorem był bardzo długo (bo jeszcze w szkole) zawodnikiem w Quidditch’u. Potrafił dopiec.
Justin. No właśnie. Justin. Był blondynem, co wyłamywało go z kręgu ciemnowłosych kolegów, miał zielone oczy i... Był niski! Był niestety najniższy z całej czwórki i czasem musiał znosić docinki ze strony innych. Mimo, iż Justin był najniższy doskonale potrafił zadbać o siebie. Była bardzo zabawny i przy nim zawsze czas milej płynął.
-Cześć.-powiedział Harry.
-Hej, stary! Dawno cię nie było. Szef się wkurzał i wyżywał na nas.- Linke udawał oburzonego.
-Biedaczek...
Harry śmiał się i rozmawiał z kolegami aż do pory obiadowej. Gdy wszyscy czterej wyciągnęli wreszcie coś do zjedzenia. Drzwi się otworzyły i do pomieszczenia wszedł dyrektor. Chłopcy prędko pochowali kanapki i stanęli na baczność.
-Spokojnie.-powiedział Travis Davids.- Przyszedłem przedstawić wam nasz nowy nabytek.- odsunął się od drzwi, aby przepuścić ten ,,nowy nabytek”.- To jest Cho Chang.
Dziewczyna dygnęła. Miała długie czarne włosy (w tej chwili były rozpuszczone), ciemne oczy i jasną, prawie białą cerę. Harry poznał ją od razu. To ona pocałowała go w piątej klasie. Należała wtedy do Ravenclav’u. Była ubrana w bardzo krótką, czarną spódnicę i białą bluzkę z głębokim dekoltem.
Dyrektor wyszedł rzucając tylko przez ramię w drzwiach: ,,Cho będzie z wami pracowała. Pokażcie jej nasze Ministerstwo”.
Cho podbiegła do Harry’ego i rzuciła mu się na szyję i pocałowała w policzek. Chłopak stał przez chwilę zaskoczony. Spojrzał szybko na zegarek.
-Wiecie co, chłopaki, ja już będę się zbierał. Obiecałem mojej dziewczynie, że wrócę wcześniej i poszukamy razem jakiegoś mieszkania.-powiedział nieco zakłopotany tą sytuacją.
-No, dobra.- odparł David.- Pewnie na ciebie czeka.
Potter podszedł do drzwi gratulując sobie, że już nie będzie musiał przebywać w towarzystwie Cho.
-Harry, poczekaj!- usłyszał.- Ja też już idę do domu. Możemy wracać razem.- zaproponowała Cho.
-Jak chcesz.- odparł zrezygnowany.
-To chodź. Może pójdziemy gdzieś na kawę? Tyle się nie widzieliśmy.- zaczęła Chang łapiąc Harry’ego za ramię.
-To nie najlepszy pomysł. Spieszę się.
-Och, ta panna na pewno poczeka. A ja tak tęskniłam...- zbliżyła usta do jego warg.
-Ja niekoniecznie tak tęskniłem. Ona nie poczeka. – chłopak zdjął jej rękę z ramienia. Odszedł.
Cho stała tam bardzo długo patrząc za Harry’m. Poirytowana, ale nie zniechęcona wróciła do pokoju aurorów. Usiadła na swoim miejscu, obok biurka Harry’ego, i chwilę rozglądała się.
-Co to za dziewczyna?- spytała patrząc na zdjęcie na biurku Harry’ego.
-To jego narzeczona.- odparł zdawkowym tonem Justin.
-Czyli?
-Hermiona Rose Riddle. Mam ci podać jej wiek, wagę oraz wzrost?- spytał wkurzony Linke.
-Nie trzeba. Wiem, co to za zdzira.
-Mów o niej co chcesz, ale nie to.- David również miał już dość Cho.
-Będę mówiła co mi się podoba.- dziewczyna wyszła.
***
Harry szedł zatłoczoną ulicą. Pod pachą niósł mugolską gazetę. Szukał tylko miejsca, by mógł się wreszcie deportować do domu. ,,Że też ona musiała się pojawić, teraz, gdy tak dobrze układa mi się z Hermioną?!” pomyślał i wszedł w boczną uliczkę. Rozejrzał się i deportował.
Wylądował, jak zawsze, w Hogsmead. Powędrował do zamku.
* cytat pochodzi z książki pt. ,,Harry Potter i Zakon Feniksa” J.K. Rowling
JEŚLI CHCECIE BYĆ POWIADAMIANI O NOWYCH NOTKACH, KONIECZNIE WPISZCIE SIĘ DO KSIĘGI GOŚCI!
Szablon wykonała
Gabrielle, przy czym się bardzo namęczyła więc nie kradnij, a pobierz uczciwie
tutaj.